Od minionego poniedziałku nasze życie przywraca wiarę w retta - Blanka wyje jak za młodu. Strasznie łatwo przyzwyczaiłam się do dobrego i teraz boleśnie odczuwam to, że rett-szczęście nie jest nikomu dane na wieki. Nie wiem co się z Nią dzieje (pełnia? znów kisi się infekcja? ból istnienia? ból głowy/ brzucha/ paluszka?) ale przyszłość naszej rodziny staje pod dużym znakiem zapytania. Już o moim zdrowiu psychicznym i Jej strunach głosowych nie wspominając. Dzieci płaczą, potem płaczą i mówią, potem więcej mówią niż płaczą. Rettki płaczą bardzo dużo, potem mniej a potem zwykle tylko wtedy gdy służba nie rozumie o co Panienkom chodzi. Jak są małe i dzikie to drą się jak mandragory a sąsiedzi wzywają policję. Potrafią tak naprawdę długo i boleśnie.
Potem z wiekiem chyba łagodnieją, z tymże też rosną i ich płacz przestaje mieścić się w akustycznie i społecznie akceptowalnych normach. Blanka ma 8 lat i ryczy jak kawał baby a ja jestem jeszcze za mało zdziadziała, żeby nie słyszeć. Co nam ten Jej płacz robi?
1. Po pierwsze primo wprawia mnie w mega frustrację i bezradność. Działam zgodnie z procedurami - leki przeciwbólowe, masaż brzucha, jedzenie, picie, zmiana otoczenia, spanie itd, itp i nic, dalej wyje. Podążam za głosem dziecka i co? Jedyne co słyszę to ryk i żadnych podpowiedzi jak pomóc. To dobija. Mówienie jest fajne. Fajniejsze niż czytanie w myślach i zapłakanych oczach.
2. Karmi moją nerwicę. Po czterech dniach we wrzasku trzęsą mi się ręce bez kawy a wizja uduszenia ich wszystkich i wylądowania w cichym zakładzie karnym z obiadem pod nos wydaje się być niepokojąco kusząca.
3. Dezorganizuje życie całej rodziny. Przysięgam, że począwszy od prozy życia (np. obieranie kartofli) na czynnościach wyższych kończąc (udawanie księźnićki dla Mniejszej) nie jest możliwe jak B. wrzeszczy w takim natężeniu jak w tym tygodniu. Jak płacze to jeszcze ewentualnie, o ile krajające się serce nam pozwoli, ale jak wpadnie w swoje rozpacze to nie ma życia. Nikt.
4. Mnie (skupię się na sobie jako opiekunie głównym) przyprawia o szereg objawów psychosomatycznych - od poniedziałku zaliczyłam dwie akcje migrenowe plus inne tam historie, o których nie warto pisać.
5. Powoduje, że moje mamine ego leci na łeb, na szyję w dóóóół. Bo co ze mnie za m. jeżeli nie umiem pomóc swojemu dziecku. A Ono mi dalej ryczy. I cierpi. Naprawdę trudno czuć się super-skuteczną i super-pewną siebie supermamą.
Staram się zrobić dla Niej wszystko ale nie rozmyślać non-stop jak Ona musi cierpieć nie mogąc skutecznie przekazać co Ją trapi bo już bym dawno oszalała.
No... Byle do weekendu. Byle do wiosny. Byle do śmierci ;)))
A.
Grafika pochodzi ze strony: www.liamohurr.blogspot.com
a moze to jakis przełom?
OdpowiedzUsuńJezu, oby na lepsze :/ tak na pewno to pogoda: mroz, wiatr, +3, znow wiatr i sniezyca. Blanka ciezko znosi takie zmiany w pogodzie a zimy i jesienie sa zawsze najtrudniejsze.
UsuńTrzymajcie sie - byle do wiosny !!!! - a moze zab ? przytulam!
OdpowiedzUsuńUbytkow nie widac, nic nowego w paszczy nie rosnie... a czy cos niewidocznego w zębach sie nie dzieje to kto wie :/
UsuńNie wyobrażam sobie :( Toż to tortury są :( i to wyrafinowane...
OdpowiedzUsuńBardzo współczuję...Nawet nie potrafię sobie wyobrazić tego, przez co przechodzicie. Życzę Wam dużo siły i jak najszybszej poprawy. Niech Wam ten koszmarny potwór chociaż trochę odpuści...
OdpowiedzUsuńU nas te zmiany pogody tez dają się we znaki... U nas znów histerie i płacz... Potok słów niezrozumiały i narastające frustracja i u nas i u Tosi... Pełnia brak snu i totalne zmeczenie, również czekamy na lepsze zmiany pogodowe i brak film ksiezyca. POZDRAWIAMY AGUŚ.
OdpowiedzUsuń