wtorek, 11 kwietnia 2017

Do wesela (sic!) się zagoi

Po ostatniej historii nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ja i A. stanowimy dla własnych dzieci największe zagrożenie... A to było tak: B. przed rotawirusem, z temperaturą ok 39 zwija się cały dzień w napadach, lecą wlewki, koncentrator, kolejne dziesiątki różańca, wyczekujemy chwili ocucenia po wlewce i przed kolejnym napadem, bo już 19.00, leki dalej nie dane a im dłużej nie dane tym znów większa szansa napadu. B. siedzi w kuchni (w sumie "siedzi"", bo wisi), wszystkie trucizny gotowe a tu nagle jeb,znów napad i sina, piana z buzi i kolejne epi-piekło robi się w przeciągu kilkudziesięciu sekund. My, jak roboty - dziecko do pokoju, na bok, wlewka, tlen, ambu (czy jakoś tam, kolejność jest przypadkowa, bo co kto pierwszy złapie), pulsak na palec i akcja trwa. Nagle wchodzi zaskoczona Mniejsza ze strzykawką Blanki w dłoni i słowami na ustach "Ale niedobly ten sylopik"...
Zamarłam. Gdyby nie A., który nie bardzo toleruje jakiekolwiek oznaki histerii bym pewnie od razu też umarła. Bo to były sekundy, leki, które zawsze są poza zasięgiem kogokolwiek, oprócz wydającego okazały się być potencjalnym i całkiem realnym zagrożeniem życia i zdrowia Mniejszej... Bogu dzięki ma ta mała instynkt samozachowawczy, i co ble to nie ruszy, więc wypiła tylko 1,5 ml z 5 nabitych do strzykawki. I wcale nie była to pierwsza ryzykowna akcja z naszym udziałem.
B. gdy jeszcze bardzo chciała a już nie mogła chodzić regularnie rozbijała sobie głowę, w 2012 roku byliśmy trzy razy na SORZe (jedno szycie na 5 szwów przez sam środek czoła w stylu Harry Potter, drugie na 3 szwy z boku czoła i ostatnie na szwy 2 przy linii włosów). Na początku roku 2013 wylądowaliśmy znów z rozciętą brodą (trzymałam na kolanach i nagle dostała taki napad, że wypadła mi z rąk do przodu na podłogę) ale dostała kolejnego napadu już na izbie i chirurg na dyżurze bał się ją szyć. Także rana się rozlazła i pod brodą ma takie mało estetyczne coś. 
Teraz (Ona 27 kg, ja 55) jak próbuję posadzić Ją w foteliku samochodowym prawie zawsze w coś Nią walnę. Jak nie we framugę w samochodowych drzwiach, to w fotel pasażera z przodu albo w cholera wie co. Przy braku siły hardcorowego koksa trudno o precyzję. Przy ubieraniu mam wrażenie, że regularnie wykręcam Jej palce... Z klopa spadła też ładnych parę razy w życiu, mimo, że byliśmy przy Niej, milimetr obok, w pełni zwarci i gotowi. Ale. Błąd ludzki, zmęczenie, niespanie latami, szalony sposób tracenia równowagi przez B., kompletny brak prób asekuracji z Jej strony i nieszczęście gotowe. Z wózka wyleciała nam tylko raz, jak była w wieku ok. 2 lat, wyślizgnęła się, zrobiła kilka kroków i zasadziła zęby w chodniku. A właśnie, a propos zębów, to już nie będę wyliczać, bo mnie ktoś w końcu zgłosi do mopsu... 
Teraz najczęściej robi sobie krzywdę poprzez drapanie sobie pazurami rąk, walenie piętami w podnóżki siedzisk i wózków, przybijanie w podłogę policzkiem (jak się na sekundę zostawi bez poduszek i asekuracji to leci na jedną stronę). W sumie nawet między poduszki i inne zabezpieczenia potrafi się wbić tak, żeby się walnąć. Serce mi pęka, bo nie wiem jak to możliwe. Że zawsze musi się coś takiego stać, że znów Jej i znów przy mnie.
Parę tygodni temu oberwałam za karę ja, bo przygniótł mi się palec przy rozkładaniu wózka, mało się nie zsikałam, a teraz jestem na etapie pożegnań z moim ślicznym paznokietkiem. Cóż... Rett-lajf to brutalna walka. Z ofiarami.

                                                                                               A.  

Grafika www.pexels.com

6 komentarzy:

  1. No ;) niech pierwszy rzuci kamieniem ktoś, komu dziecko nie wywinęło przynajmniej raz orła;) i to całkiem zdrowe, asekurujące się i zaopiekowane ;))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam ja takich rzucających.... dobrze, że mnie jeszcze nie ukamienowali ;D

      Usuń
  2. Myślę że każdy rett rodzic ma do opowiedzenia takie mrożące krew w żyłach historie.
    ����
    U nas walniecie kilka razy o bruk podczas napadu choć za rękę oczywiście trzymana złamana jedynka gdy panna postanowiła sama iść do windy a jej młodszy trzyletni brat nauczony że panna sama nie może a my akurat zajęci wychodzenie i uspokojaniem jeszcze młodszego postanowił sam ją łapać /ratować i skończyło się wizyta u dentysty... Mnóstwo tego niestety jak sięgnę pamięcią
    Cud że wszyscy żywi
    Pozdrawiam serdecznie
    ☺️
    P.s. Nam z młodszym i lekami udało się wyrobić silny odruch wstrętu i paniki wg niego leki panny tj jak potwór okropny
    Ale on wyjątkowo rozsądny w takich tematach
    Zobaczymy jak najmłodszy podejdzie do syropkow....

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy u Was przynajmniej w miarę w porządku?

    OdpowiedzUsuń
  4. A co u Blanusi?

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo prosimy o jakies informacje o Blanutce! :)

    OdpowiedzUsuń