niedziela, 29 października 2017

Żeby czasem nam się tak chciało jak nam się nie chce...

Nie ma cudów, czas generalnie nie gra nam na korzyść. B. jest coraz większa, rett coraz silniejszy a my jakoś nie młodniejemy jak ci wszyscy na Pudelku. I do tego z  roku na rok dochodzi coraz wyższy poziom zmęczenia materiału, frustracji i zwykłego codziennego wkurwa. I to jest dla wszystkich ciężkie; i dla tych obsługujących i dla tej obsługiwanej.
Teraz czynności, które kiedyś się wykonywało ot tak robią się naprawdę wyzwaniem. Najgorzej jak jest się w domu samemu (czyli ja przez większość dnia) bo wtedy nikt nie podłoży, nie podtrzyma i nie otworzy. Musisz to zrobić mimo wiszącej 31-kilowej panny na rękach. Bo B. zazwyczaj nie postoi jak trzeba lub jak poprosisz, Ona się kładzie, uwala, nagle sztywnieje albo kompletnie traci napięcie mięśni. 
Postawienie Jej w pionizator jest dla mnie już masakrą, bo się robi po prostu dla nas obu niebezpieczne... Tak jak wchodzenie/schodzenie po kamiennych schodach przedwojennej kamienicy. Teraz nawet samo "wrzucenie" jej do krzesełka do karmienia wyciska mi pot na nosie. W dodatku przy takiej masie i jej bezwładności jakiekolwiek precyzyjne ruchy stają się po prostu niemożliwe. Do auta - wrzucam. Do wózka - podrzucam. Zawsze Ją gdzieś walnę, zawsze siebie czymś uszkodzę... Niefajnie.
A jak wraca A. to zaczynamy starą śpiewkę, np. "Postaw Ją w nogi" (czyt. pionizator). I albo obrażono-znudzone A. to robi, ew. zaczyna jęczeć, że bez sensu, bo się człowiek narobi i zaraz będzie trzeba ściągać, gdyż panna się wkurzy po 2 minutach, że ją boli i koniec. Wtedy jedna część mnie (taka ok. 70%) go w pełni rozumie, bo sama mam czasami motywację równą zeru, wiedząc, że wysiłek duży a efektu brak i jeszcze Szefowa w konsekewncji wściekła, a druga część tej samej mnie myśli zła - "Pewnie, skoro to i tak bez sensu to nie róbmy nic i piłujmy pazury". Ale prawda jest taka, że im dalej w czas, im mniej mega-mocy, tym bardziej widzę bezsens pewnych działań... Bo Ona i tak cholernie się krzywi, stopy się wyginają, palce już nie rozprostowują itd. I bywa, że z maksymalnie zredukowanymi wyrzutami sumienia sadzam Ją sobie na podłodze albo mościmy się na łóżku i nie bacząc na Jej garba i krzywy tyłek, włączam bajeczki, robię nam kawkę i opowiadam ku Jej radości jaki to świat jest zajebisty. Przynajmniej na tej bajce z telewizora ;)

                                                                                                A. 

3 komentarze:

  1. Chociaż rozpoznanie inne i zdecydowanie mniej "inwazyjne", to nie masz pojęcia jak dobrze to rozumiem. Po blisko trzydziestu latach walki też zdecydowałam się postawić na mniejszy lub większy komfort. I chociaż budzi to zdecydowany sprzeciw orędowników reha do usranej śmierci ja wiem, że zdecydowałam właściwie
    P.S. A B. i pozostała trójka zasługuje na wylegiwanie na kanapie, o :)

    OdpowiedzUsuń
  2. I ja w pełni rozumiem, już dawno porzuciłam większość akcji na rzecz spokoju i (pewnej, bo przecież nie pełnej) wygody, i mojej j jej ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Agata my jesteśmy na etapie 4 kilo mniej a już mam dość .I podziwiam te wszystkie matki, ktore maja dorosłe dzieci ❤

    OdpowiedzUsuń