Więc tak. Jedno jest pewne - jak epi-piekło rozszalało się na dobre to już pozostaje się tylko modlić, często zmieniać wodę w koncentratorze a sobie zesrane ze strachu gacie. I podawać wlewki, o ile nie przekroczyliśmy maksymalnej ich liczby na dobę. Są jednak fale napadów albo i pojedyncze (u nas to rozkoszna nowość, bo zawsze jeden napad był zwiastunem kilkudniowej jazdy), którym można próbować zaradzić. Uważam, że zawsze warto, bo nawet jak się nie uda to człowiek wie, że walczył a nie tylko czekał z nogą na nogę na kolejny napad.
Oto moje, lepsze lub gorsze metody, wszystkie testowane na ludziach, czyt. B.
- Tlen. Od niego zacznę, bo to jedyny sposób potwierdzony naukowo, przeze mnie osobiście, który zamiast (!) wlewki uratował Blance skórę już nieraz. Jak widzę, że zaczyna się robić się w tej małej głowie gęsto to nie zważam na protesty, wsadzam do nosa wąsy i odpalam koncentrator na poziom np. 4. Patrzę oczywiście na pulsaku czy wartość tlenu we krwi jest ok, ew. zmniejszam na 3 albo 2,5. Bywało, że samo podłączenie tlenu powodowało, że napad ustawał. Bywało też, że napadów było już za nami na przykład 5, wlewek podanych maks i tylko tlen mógł nas wyratować od szpitala. Przysięgam, że to działa. Czemu? Nie wiem, ale coś mi mówi, że niedotleniona głowa chętniej ma napad a napad powoduje kolejne niedotlenienie. Więc magiczna substancja O2 może to błędne koło przerwać.
- Zminimalizowanie bodźców. To też zwykle względnie na Nią działało. B. jest taka, że na ostre bodźce (słuchowe, wzrokowe, nawet smakowe) reaguje napadem. Teraz już się trochę wyrobiła, ale jak była młodsza a epi-piekło gorętsze to jedno moje kichnięcie wystarczyło byśmy zaczęły akcję napad. Jak miała gorsze dni to zamykaliśmy rolety, kneblowaliśmy Mniejszą lizakiem, wyłączaliśmy domofony i udawaliśmy, że kolejny napad nie przyjdzie ;D Czasem tak żarliwie, że naprawdę nie przychodził.
- Wi-fi. To mój najnowszy trop, choć mąż twierdzi, że jestem szalona. Naczytałam się o tym wszechobecnym promieniowaniu, łapaniu fal i sieci i wpływie jaki ma na małe głowy. Widzę, że jak nie wyłączę rozsiewacza sieci na noc to śpi o wiele gorzej. Ale tak jak mówię - to tylko moje spekulacje, obserwacje i teoria będąca przedmiotem drwin A.
- Ruch. To metoda z kiedyś. Jak zaczynała drżeć i nogi, ręce Jej sztywniały a w miarę szybko zaczęło się je rozmasowywać, to napad czasami przeszedł sam, bez wlewki. Teraz technika raczej nieużywana, bo B. albo ma napad porządny albo mini mini, takich pośrednich z utrzymanym kontaktem i drgawkami jest mało.
- Olej CBD. Mieliśmy 4%, 15% a nawet 30 i 40%. W momencie napadu podawaliśmy kroplę na wewnętrzną stronę wargi, przy dolnych zębach. Nie zauważyłam, żeby jakoś szczególnie pomagało, może minimalnie się wyciszała ale napadu nie zatrzymywało, więc zaprzestaliśmy prób z CBD.
- Metody podyktowane rozpaczą i paniką, typu groźby karalne, błagania, szantaże i inne. Generalnie nie działają. Ale warto, bo człowiek ma chociaż namiastki poczucia, że ma na to gówno jakikolwiek wpływ.
A.
P.S. Powyższy wpis nie jest poradą, tylko opisem moich przygód z padaczką i nie zastąpi wlewki czy wizyty u lekarza :)))
Grafika: www.mojafirma.infor.pl

Zawsze dziękowałam Bogu (tudzież innej sile wyższej), że epi mnie ominęło...
OdpowiedzUsuń