środa, 1 sierpnia 2018

Ciężar odpowiedzialności

"Dorosłość" i "beztroska" to w sumie nie są za bardzo synonimy ale natura człowieka już tak jest skonstruowana, że wiedzie go czasem na tak bardzo ekscytujące obszary potrzeb stricte swoich własnych. Nie dzieci, nie czyiś tylko swoich. A ma się tych potrzeb trochę, od prozaicznych typu siku, po pośrednie (potrzeba odpoczynku, czekolady, coś) po jakieś totalnie odjechane i absurdalne typu samorealizacja, marzenia, nie wiem co tam jeszcze. Każdy człowiek je ma i każdy musi czasem wykombinować ja tu zrobić tak, żeby wszyscy byli zadowoleni ale żeby ugrać też przy okazji coś dla siebie.
Wpadniesz na kawę?  Tak, jak Blanka coś tam. No i jak masz windę, lub parter. Pójdę do fryzjera. Jak tam wjadę wózkiem. Wyjadę na wakacje. Żeby usługiwać rettowi i dzieciom. Itd. Zawsze. ZAWSZE jestem do dyspozycji Blanki. Zawsze myślę, co mogę jeszcze zrobić by Jej pomóc, ulżyć, by rett bolał mniej. Kosztem siebie. I z wiekiem coraz bardziej czuję jakie to psychodeliczne. Że nie ma ot tak kawy, na czwartym kuwa piętrze, bez windy a ja sobie jak antylopka biegnę, bo psiółka czeka i będą plotki i uszy gorące z emocji. Nie ma... Nie ma fryzjera bez ustalenie tego z grafikiem Blanki i całej szeroko zakrojonej logistyki; od jak dojechać, gdzie zaparkować,  jak wjechać, czym zająć B. żeby nie rozsadziła całego tego miejsca itd. To nie jest tylko kwestia fryzjera ale też lekarzy, urzędów, punktów obsługi klienta itd., do których przecież czasem iść trzeba. A moja mama jest tylko jedna, nie zawsze może, nie zawsze ma siłę, nie zawsze nawet musi chcieć. A ja muszę. Znów olać siebie i zrobić tak jak się zobowiązałam jak zobaczyłam pierwszy raz te niebieskie oczyska i tak idealną Ją... Że będę zawsze, na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Więc teraz, miliony razy ocieram gile i wstaję. Rezygnuję, dopasowuję do niej, myślę. Jestem zawsze na służbie. Czuje odpowiedzialność za każdą Jej łzę. Bywa, że staję na uszach bo mam jakieś porąbobane przekonanie, że jestem Jej winna za tego retta gwiazdki z nieba i sukienki z tęczy.  I nawet jak uda mi się wyjść gdzieś samej to jestem głową dalej przy Niej. Nie potrafię ubrać szpilek, trzepnąć drzwiami i powiedzieć "do zo za 2 dni, mamusia musi odpocząć". Mogę co najwyżej zamknąć je z Babcią, rzucić "idę pobiegać", wybiec za róg domu, usiąść i płakać. I być sama, tylko sama. Coraz bardziej doskwiera mi to, że wielu rzeczy nie mogę i nigdy nie będę mogła, ale też to, że nie potrafię się z tej matni wykopać. I pewnie część mnie nawet nie chce... Bo chcę być z Nią, chcę być obok, chcę zrobić wszystko by była szczęśliwa. Ale czasem totalnie już nie mam na to siły...

                                                                                              A.


Grafika: www.renderosity.com

6 komentarzy:

  1. Blanka to szczesciara tyle w tym temacie.Jak chcesz pogadac jestem do dyspozycji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zespół wypalenia opiekuna nie przysporzy szczęścia ani Tobie ani tym bardziej Blance. Idź pobiegać i wymyśl co Tobie (Wam) może pomóc.POWODZENIA
    <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Bo w cywilizowanym kraju jest opieka w tygodniu (bez pytania, czy idziesz do dentysty, czy do koleżanki na kawkę) oraz raz w roku wakacyjna, do 2 tygodni... opieka wytchnieniowa, KONIECZNA dla zdrowia opiekunów, a więc i dziecka, no ale to musi cywilizowany kraj być :/

    OdpowiedzUsuń
  4. Pani Agatko, można jakoś pomóc? Wiem że to nie rozwiąże problemu, ale może chociaż wysłać do Pani emergency package pełne ptasiego mleczka i wina? ;D Ja mam taki plakat w swojej kuchni, "Alcohol may not solve your problems, but neither will water or milk" ;D Jeśli mogę zrobić cokolwiek, to proszę pisać! Kraków nie jest daleko, i chętnie przyjadę z kawą czy winem, lub chociaż pocztą wyślę! Ściskam serdecznie! Ania B.

    OdpowiedzUsuń