Moje dwa światy. Psychodeliczna sytuacja kiedy w ułamku sekund przeskakujesz z jednego matrixa w drugi; z napadu w "poczytaj mi o tupciu chrupciu", i z powrotem - ze świata ciekawskiej i najsłodszej 4-latki do świata uwięzionej w ciszy 10-latki. Stoisz po środku i najważniejsze sprawy obu Twoich dzieci bombardują Cię z każdej strony i w dodatku są totalnie nieporównywalne. Jedna ma retta ale druga ma też swoje problemy. Już chciałam napisać "małe"... Tak, mam tendencje do umniejszania wszystkiego co rettem się nie nazywa. Nie raz dowaliłam "Co to w ogóle jest za problem?!". A jest. Jest. Nie każdy ma retta jako punkt odniesienia. Ja mam bo jestem rett-psycholką. Wstęp był długi bo ale mam taką jedną refleksję, która rettem się nie zacznie ale na nim się oczywiście skończy. Jak większość rzeczy w naszym życiu, niestety.
Mniejsza ma swoje "mniejsze" problemy zdrowotne, proza przedszkolaka - gardło, migdały, wymazy, antybiotyki, ceregiele. Nic nowego dla każdego rodzica przedszkolaka, bo jak nie masz migdałów to masz ucho. Albo nos. Ewentualnie pęcherz. No ale zawsze coś masz. Coś co wraca mimo leczenia i Cię wkurza coraz bardziej z każdym kolejnym tygodniem w domu jak i każdą wydaną na to stówką. Moja Mniejsza ma to gardło przedszkolakowe, z którym czasem trzeba się udać do specjalisty. Pół mnie wtedy wrzeszczy w środku "Weź nie pytaj, weź się przytul, to minie, to nie rett, to minie". A nie mija. Musisz wziąć na klatę i powalczyć. Jechać na wizytę, badanie, wymaz, krew, znów na wizytę. Mieć pomysł czy wyciąć jej pół gardła, żeby w końcu nie chorowało a w miejsce migdałów wszczepić na przykład choinkowe bombki. No musisz robić to co robisz jak zewścieknie Ci się rett. Wziąć sprawy za łeb, opracować plan i działać. I tu dochodzę do sedna, choć ono dzisiaj jest mega subiektywne na czarno. Wróciłam od laryngo bliska płaczu. Sama nie umiałam nazwać dlaczego... We łbie mi wrzeszczy "co się łamiesz, głupia dupo, rett to nie jest, coś się wymyśli", pod nogami mi wrzeszczy pacjentka "dawaj mikołaja z czekolady!" a w drugim pokoju wrzeszczy Królowa, bo "chrzanie te wasze duperele, gdzie obiad?!". I ja sobie wtedy pomyślałam, że nie wiem jak to zniosłam. Jak to znieśliśmy oboje. Lata wizyt, adresów, lekarzy. Diagnoz, pomysłów na terapię. Lata rozczarowań, strachu o to co z nią będzie. Każda wizyta robiła mi z mózgu podobną sieczkę a były ich setki. Teraz mamy stabilizację w recie, swoich lekarzy, swoje przychodnie i gabinety. Spokój "tak, to jest rett, wiem chociaż mniej więcej co robić". A wtedy? Z maleńką Blanką, która wyła z bólu i rozpaczy a my razem z nią... A teraz?
Teraz ja, pokonana parą migdałów bożonarodzeniowych chętnych do ewentualnej wycinki żegnam się z kolędą na ustach. I idę zjeść całą czekoladę bo mi smutno.
A.
P.S. U laryngo leciał z głośników Grechuta... To nie może być oszołom, oszołomy nie słuchają "I Ty właśnie Ty będziesz moją damą...". Nie???
Bardzo przeładowane te Twoje taczki... ja bym na Twoim miejscu cały tort czekoladowy wrąbała, co tam 1 czekolada... ściskam ciepło!
OdpowiedzUsuń