wtorek, 4 czerwca 2019

Samotność

Był sobie taki wierszyk: "Czasem pogadałby człowiek sam ze sobą. Ale gdzie tam! Ja mu pytanie a on mi dwa." (J. Borszewicz, "Mroki, fragm.) I co? Żeby to były tylko dwa...
Jestem z jedynaczej natury samotnikiem, który, mimo tego lubi się czasem z kimś spotkać. Pogadać, złapać dystans, przejrzeć się w czyiś myślach albo usłyszeć własne słowa. Człowieki tak mają - lubią w innych człowiekach przeglądnąć się czasem jak w lustrze.
Bywa jednak, że najczęstszym powiernikiem własnych jazd stajemy się sami. Wkraczamy w swoje najmroczniejsze zakamarki, o których ludzie żyjący bez kotwic pt. niepełnosprawne dziecko, nie zdają sobie często sprawy. Otoczone samotnością lądujemy ze sobą twarzą w twarz, zupełnie nagie, bez piór flaminga i tiuli patrzymy na swoje emocje tak brutalnie saute.  Przyznam, że czasem to szokujący widok, bo mogący mielić swoje paskudniejsze oblicze z psiapsiółkami przy cotygodniowej kawce zawsze jakimś brokatem je obrzucą. A my nie możemy. Bo przez większość czasu jesteśmy same. Z bezsilnością, bólem, zmęczeniem i całym złem tego świata.
Samotność, w sensie stałego kontaktu ze swoimi myślami jest dla mnie ogromnym wyzwaniem od początku choroby Blanki. Praca, możliwość wyjścia, bycie niezależnym w jakikolwiek sposób powoduje, że odrywamy nasze myśli od siebie. Nie mielimy wszystkiego po pińcet razy, bo akurat musimy skupić się na tym, tamtym czy jeszcze czymś innym. Gdy jesteśmy z dzieckiem 24/7 niezbyt możemy to zrobić (choć ja próbuję, książki, grządki z rzodkiewką są właśnie po to). Stale siedzimy w pewnym sensie w swoim własnym bagnie, które musimy oswoić na tyle, żeby móc przekonać świat że ten emo-syf związany z chorobą (a więc i cierpieniem) ukochanego dziecka to nie samo błoto tylko pełny dreszczy emocji życiowy off-road. Ale to wymaga lat pracy nad sobą.
Nie wiem jak inni, ale mam dni, kiedy wytrzymanie z samą sobą jest najtrudniejsze. Bywa, że sama rozmowa albo napisanie kilku zdań z bliską osobą ratuje mi życie. Dlaczego? Bo pozwala odbić pewne emocje od kogoś... A te, nawet o największej sile rażenia, jak do mnie wracają, zawsze już tracą na mocy.  I po prostu jest łatwiej.  
Dziękuję moim bliskim, którzy mają tyle siły i odwagi, by czasem wziąć na klatę mój żal i unieść moje łzy. Bez Was by się nie dało :)

                                                                                      A.  
Grafika: pięknoumysłu.com

2 komentarze:

  1. Samotność... Dobrze że masz tą rzodkiewkę ☺️ (ja mam siłownię i pół etatu, grządkę ogolocily oposy��) ja tu po drugiej stronie zawsze będę jak byś się zdecydowała "wrócić". JJ

    OdpowiedzUsuń