Dawno, dawno temu byłam z malutką B. na oddziale. Na łóżku obok leżała taka już prawie nastoletnia dziewczynka (miała może ze 12 lat, wtedy mi się wydawała prawie dorosłą babą przy tym moim małym, klepiącym reciątku), którą opiekowali się na zmianę rodzice (bo mieli drugie małe dziecko w domu, więc zmieniali się rotacyjnie). A jak się "leży" to jest czas więc trochę ich obserwowałam, trochę rozmawialiśmy a oni szokowali mnie na każdym kroku. To był znak, że jeszcze wtedy siedziałam po jasnej stronie mocy, byłam jednym z normalsów a oni byli rasowymi świrami. Czesali swojej pryszczatej pannie kitki na środku czoła i śmiali się, że wygląda jak Brit a jak pierdnęła to śpiewali razem "Ups I did it again" a ja z zażenowania gryzłam pazury i odliczałam minuty kiedy będę mogła przestać płakać i biec za ordynatorką błagać o choćby okruchy dobrych wiadomości... Telefon (a pod nim cała rodzina) tylko czekał, żebym zadzwoniła i powiedziała "Nie! To nie rett! Wszystko się popieprzyło ale ją wyleczą i wrócimy zdrowe". Tak się oczywiście nie stało, ja płakałam po kątach dalej a oni dalej, jak na świrów przystało, łapali każdych promień słońca, pierdnięcie na zawołanie i szczerbaty uśmiech by zrobić z tego lekko zezowate ale jednak - szczęście. Ja - niby normalna ale w totalnej dupie i oni, którzy z tej dupy, w której ewidentnie też zamieszkiwali (ich dziecko było w stanie leżąco-czasem uśmiechającym się z ciężką epi) potrafili zrobić nową jakość. Imponowało mi to tak bardzo jak wkur...ło.
Kiedyś, jak już nie byłam w stanie dłużej udawać, że to nie alergia i wyłam w nocy w szpitalną poduszkę a dziewczyny już spały, tamta matka przyparła mnie do muru. Zaczęła "Ty myślisz, że zawsze taka byłam?". Zaczęłam coś kręcić, że co, że jaka, że nie rozumiem. A ona na to "też kiedyś byłam normalna". O... Zaskoczenie. Nie miałam wtedy siły na żadne debaty, ale też nie miałam już łez. Ona mówiła, ja słuchałam. Opowiedziała mi o dramacie jaki przeżyli zaraz po porodzie, o kilku sytuacjach kiedy młoda była jedną nogą na tamtym świecie, o depresji, lęku, o tym jak zaczęli układać swoje życie od nowa... Okazało się szybko, że trochę łez jeszcze mamy obie. Potem opowiedziała o drugim dziecku, synku, o chwilach jakie przeżyli gdy z badań genetycznych wyszło duże prawdopodobieństwo, że też będzie chory. Okazało się, że urodził się zdrowy a oni zaczęli się w tym całym bagnie mościć. Po prostu nie mieli wyjścia; byli rodzicami dwójki dzieci, mieli psa, kredyt na plecach i chcieli jeszcze pożyć, po mimo albo może właśnie dlatego, że trafił im się taki cud w postaci choroby dzieecka. Cały wywód zakończyła czymś w rodzaju "Śpij już młoda, rano EEG, wstajemy z dziewczynami o 5.00 żeby zasnęły na 9.01 i 9.47 do badania" i zaczęła się tak śmiać, że nie miałam wyjścia i zrobiłam to samo. Rechotałyśmy się a na dobranoc usłyszałam "Niedługo też będziesz czubem, jak my i wszystko stanie się prostsze". Oddałabym wtedy życie, żeby cokolwiek było choć ociupinę łatwiejsze.
Gdzie jestem dziś? Tak jest! Dobra odpowiedź. W rett-dupie. Ale przynajmniej potrafię uczesać jej kity z różowymi frotkami i śpiewać głośniej niż Brit"u bejbe bejbeee" ;)
A.
Grafika: researchgate.net
Jakoś... nie umiem się umościć :( chociaż pewnie z boku wygląda, że jestem na maxa zadomowiona...
OdpowiedzUsuńKolorku, żadna z nas nie umie się umościć. Nawet gdy śpiewamy Brit, z tyłu głowy mamy bagno. Ale wszystkie staramy się jakoś uśmiechać w tej patoli, tak?
UsuńChyba już za długo się uśmiecham i zamiast uśmiechu mam sztuczny wyszczerz (wypisz wymaluj była ministra) ;)
UsuńOdrobina normalności w tej nienormalnej sytuacji. Ja naszej Ani plotę warkoczyki, no dobra,staram się. O ile mi pozwoli.��
OdpowiedzUsuń