środa, 2 grudnia 2020

Oddawaj noge dziadu

Prawie trzy tygodnie. To jeszcze pewnie za mało, żeby obtrąbić oficjalnie i ostatecznie sukces oraz powrót B. na nogi ale wystarczająco dużo, żeby zaliczyć ten czas do największych wyzwań jakie rzucił nam rett. Szybko okazało się, że nie będzie tak jak z plecami, na zasadzie algorytmu: operacyjne wyrównanie 👉 wygojenie 👉 używanie. Totalnie nie. Nie wiem co tu się wydarzyło i ile dodatkowych czynników weszło w grę, ale ponowne doprowadzenie stopy Blanki do użytku (i tak bardzo ograniczonego, bo przecież B. nie chodzi sama, ona nawet nie chodzi z pomocą, natomiast to co robi z nogami to jest utrzymanie części ciężaru swojego ciała tak, żeby chodzący za nią mógł przesunąć siebie i ją do przodu) zajmie nam jeszcze kupę miesięcy i pochłonie masę energii a także dołoży siwych włosów na skroniach. Jednak przełom już jest i tego się będę trzymać.

Od samego początku wiedziałam, że nie będzie łatwo. Już w gabinecie, zaraz po zdjęciu gipsu, B. stanowczo (tak naprawdę stanowczo! "NIE RUSZ BO ZAGRYZĘ!) nie pozwoliła ubrać sobie buta ani skarpety. Bolało, z czym się oczywiście liczyliśmy, ale żeby aż tak? W domu wcale nie było lepiej - dotknij nogi a zabiję. Taka moja mała dziewczynka może być bezkompromisowa. Jednak maminą intuicją zajeżdżaną przez retta latami czułam, że drugiej szansy nie będzie. Niestety to nie jest tak jak z bez-rettowym organizmem, że można mu pozwolić dochodzić do siebie miesiącami. Po rozmowie z koleżanką (także mamą rettki po podobnej operacji) oraz dwoma naszymi fizjoterapeutami, wiedzieliśmy już na pewno, że musimy walczyć o powrót dawnej formy od samego początku. Dać z siebie 200%, znieść każdy ból, wytrzymać każdą groźbę, byleby B. nie zapamiętała równania "stanie na nodze = ból" a co za tym idzie "=nie będę tego robić". Nie ma innej metody niż rozćwiczyć, rozruszać, rozmasować, bo zostawienie tych spraw na później tylko utrwali ból i niechęć do używania nogi po operacji. I to okazało się być trudniejsze niż ja i A. zakładaliśmy.

Pierwsze dni spędziliśmy na ponownym dotykaniu nogi (5 tygodni to dla skóry i zakończeń nerwowych jak się okazuje - dużo), zakładaniu skarpety, buta. Delikatnym rozmasowywaniu, subtelnym naciąganiu, smyraniu z dużym wyczuciem, jednak wszystko to było ponad siły B. Bolało za bardzo i wkurzało do granic możliwości. Gdybym nie wiedziała o recie tego co wiem po tych 12 latach to bym na pewno odpuściła i pozwoliła, żeby pierwsze dni czy tygodnie  rekonwalescencji przebiegały bezdotykowo. Uznałabym, że jest za wcześnie i, że moment kiedy pozwoli ćwiczyć przyjdzie sam. Teraz to nie wchodziło w grę, wiedziałam, że jak zaczniemy usprawniać stopę dopiero za kilka dni czy tygodni to już będzie za późno, a rett wyskoczy zza zasłony i powie "haha, mam też tą waszą nogę!" Więc mimo, że bolało, delikatnie ale stanowczo dotykaliśmy, masowaliśmy, rozciągaliśmy a B. była stale wściekła, że nikt nie bierze pod uwagę jej braku zgody. Tłumaczyłam, że rozumiem, ale naprawdę nie mamy wyboru. Jestem starsza, mój ból będzie większy niż jej (jeżeli już zawsze będę ją tylko nosić bez możliwości oparcia na nogach) i stanowczo robiłam swoje. 

Po około 3-4 dniach zaczęliśmy próbować ją stawiać. I tu niespodzianka - B. stała się bocianem, vel czaplą, noga do góry i akrobacje na tej nieoperowanej. I dupa blada, bo w takich pozycjach utrzymać równowagi długo się nie da i zęby stracić bardzo  łatwo. Za nic nie chciała choćby oprzeć stopy o ziemię, nie mówiąc już o przeniesieniu na nią jakiegokolwiek ciężaru ciała. Najpierw samo wyprostowanie całej nogi musiało starczyć. Po około tygodniu zaczęliśmy ustawiać stopę na podłodze sami i delikatnie przenosić na nią ciężar ciała B. I to okazało się mega trudne. Albo moje czy A. plecy chrupały z bólu albo noga wisiała w powietrzu a B. wściekała się i stękała, po czym robiła wszystko by klapnąć na pupę. Potem wymyśliliśmy, że trzeba zatrudnić kogoś kto ustawi stopę przy podłodze a my  zrobimy resztę przenosząc nasz wspólny ciężar na dół. Mniejsza bez oporów się zgodziła i szorowała w parterze ustawiając stopę B. kilka razy dziennie, po kilka kroków. Gorzej jak była w przedszkolu, wtedy trzeba było robić pozycje godne jogina i trzymać górę, ustawiać stopę, przytrzymywać ją przy ziemi, delikatnie obciążać i tak raz za razem. A, i przy tym śpiewać kundla burego, bo B. była naprawdę zła, że robi coś czego nie chce. Przez ten lekko ponad tydzień powtarzaliśmy sobie w koło, że to inwestycja w przyszłość, teraz poboli nas wszystkich, pomęczymy się ale kiedyś znów będzie można ją postawić i otworzyć auto czy poszukać klucza do wejściowych drzwi. Przyznam, że w ten krótki czas mieliśmy tyle kryzysów ilu nie mieliśmy przez ostatni rok... Wiedzieliśmy, że Ona tego nie chce, że boli i wkurza. Ale oboje byliśmy pewni, że odpuszczenie tematu choćby na kilka dni strzeli nam samobója, i to w niedalekiej przyszłości.

Około 10 dnia po zdjęciu gipsu nastąpił wybłagany przełom. B. uznała, że da radę postawić nogę i na niej z asekuracją stanąć.  Krok po kroku robi postępy, stopa już nie puchnie, zaczęła mieć naturalne kolory a my odetchnęliśmy z ulgą. Myślę, że oprócz bólu chodziło tu o przełamanie pewnej blokady w głowie Blanki i o to, że znając retta wszyscy mieliśmy obawę, że jak sobie zechce zabrać nam kolejną umiejętność, to bez pardonu to zrobi. 

Rett nauczył mnie pewnej bezwzględności, wszak uczyłam się od najwredniejszego jakiego można sobie wyobrazić. Zabrał nam już tyle, że czasami myślę, że może w tym przerażeniu oddawaliśmy mu to czego chciał zbyt łatwo... Choć pewnych rzeczy przeskoczyć się nie dało i nie ma teraz co gdybać, to tym razem zupełnie nie było opcji, żebyśmy oddali tą stopę walkoverem. Determinacja, wiara, współpraca, krew, pot i łzy. A potem pierwszy od lat sukces, i w końcu coś, co udało nam się mu odebrać, mimo, że wszystko grało na jego a nie naszą korzyść. I co dupo-recie? Jakie to uczucie coś stracić?? 

Bo my czujemy się jak mistrzowie świata patrząc jak B. dumna sunie choć kilka kroków przytrzymywana pod pachy na obu nogach przez pokój. I choć jest jeszcze wcześnie, jeszcze wiele zwrotów akcji przed nami, to w kategorii "Wyszarpane rettowi" w końcu 1:0 dla nas i już tego nie oddamy ;)


                                                                                       A. 

Grafika: https://www.istockphoto.com/pl/


2 komentarze:

  1. Brawo Blaneczka, brawo Rodzice, Brawo Mniejsza!!! :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje. Ogromne.
    I oczywiście te same obserwacje co do retta.
    Gdy córka dochodziła do siebie w szpitalu po zapaleniu opon mózgowych (kilka dni nieprzytomna etc)
    Lekarze nie rozumieli czemu my jak szaleni od razu chcemy pionizować (wszak niebezpieczne) i chodzić jak najszybciej.(niech się Państwo tak nie spieszą).....
    A dla nas zegar złowrogo tykał na korzyść tego.... Retta

    OdpowiedzUsuń