Pamiętam taki jeden dzień z dni zamierzchłych kiedy to 4-letnia B. swoimi długimi nogami ośmieliła się wyrosnąć ze zwykłej ("normalnej") spacerówki. Nogi się podwijało, zakładało na głowę, obniżało podnóżki, robiło wszystko, żeby ten brutalny moment przewlec w czasie. W końcu w imię rozsądku maminego nastąpił, dostałam po synu koleżanki pierwszy wózek specjalny, dla dzieci specjalnych, innymi słowy - taki nienormalny ;) po którym widać, że dziecko jest niepełnosprawne. Pamiętam jak przy działkach, piękną wiosną B. zasiadła w nim a potem podjechałyśmy pod bagażnik mojego auta. Babcia zachwycona, dziecko! w końcu Ci wygodnie, puścimy się off-roadem gdzie nas nogi i opony zaniosą. Mąż w mniejszym zachwycie ale pełnym spokoju i akceptacji nieuniknionego - no, w końcu, ileż można jeździć tą małą spacerówka. A ja w tym samym czasie i sytuacji myślałam jak tu umrzeć, żeby nie zrobić im przykrości. W głowie miałam tylko - nie, to się nie da. Za duży, za ciężki, za brzydki, za zielony, za toporny, za dziwaczny i co najważniejsze - za niepełnosprawny. Wiedziałam wtedy, że za Chiny ludowe nie dam rady go używać, pakować, jeździć nim ani cokolwiek innego. Nie. da. się. I co? Tak jest! Dało się! Bez radości i przekonania ale musiało się dać. B. było wygodniej, nogi nam nie spadały, jakoś nauczyłam się dźwigać go do bagażnika mimo, o zgrozo - 12 kilo wagi (śmieszy teraz, śmieszy...) i w ogóle zaczęłam olewać jak wygląda i kto patrzy. Bo musiałam i wyboru nie było żadnego. No chyba, że włóczyć te długie nogi po chodniku jeszcze kilka lat.
Sytuacja druga. Od urodzenia B. mieszkaliśmy na 4 piętrze w bloku, w tzw. kurniku. Jak się okazało, że B. kończy rok, półtora, dwa i nadal nie chodzi (po prostym nawet) to odkryłam w sobie znów to samo. No nie, nie da się. Na początku - jeszcze pół roku i jej nie wniosę, jeszcze miesiąc i w ogóle nie. Jeszcze dzień i zdechniemy obie. I co? A nic. Wyboru brak więc lata i kilogramy leciały, miała 3, 4, potem nawet 5 lat i się nosiło nie mając perspektywy na zmianę. I oczywiście płakało, że nie da się ani kilograma i ani dnia dłużej ale tego akurat nikt nie słuchał bo jakie to miało znaczenie.
Odebrałam dziś nowy wóz dla B. Taki do auta, do szybkich przelotów, oczywiście najlżejszy jak się da (i tak ciężki), najmniejszy jak się da (na cały bagażnik) i naprawdę wyglądający super. Spróbowałam go spakować i co pomyślałam? No nie da się. Jeszcze 2 kilo cięższy, 5 cm większy i nie dam rady tego zapakować, a potem moim tokiem myślenia - za rok z nią już nie dam rady. Za 3 kilo już też nie. Za 3 nieprzespane noce kogoś zabiję. Za jeszcze trochę zmęczenia rzucę tym wszystkim i tyle mnie zobaczą...
Więc generalnie plan jest taki. Od jutra jeździmy nową furą, lakier metalik, kolor blue lagoon, nie wiem jak zapakuję ale zapakuję. Nie wiem jak dźwignę ale dźwignę. A B. będzie żyła długo i szczęśliwie i tyle jeszcze kilogramów i dni ile ma żyć a ja tyle właśnie czasu i kilogramów będę Jej służyć. Tym czy innym sposobem dam radę bo okrutna prawda jest taka, że wyboru ni ma.
A.
Grafika: zajacmarek.com

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz