Niektóre rzeczy oddaje się całkiem łatwo. Imprezy do białego rana, spontaniczne wypady, przedłużające się kawki z koleżankami. Można bez tego, prawda? Jacha, że można rok, pięć, ja będę mogła całe życie, bo nie jestem i nigdy nie byłam duszą towarzystwa więc spokojny i cichy wieczór z książką zawsze mnie będzie kręcił bardziej niż popijany grill do 2 w nocy. Bo czytanie do późna da się pogodzić z B. ideolo, grilla do nocy już nie. Chyba, że ma się kogoś, kto z nią zostanie. Przyszykuje leki, poda kolacje, wykąpie, przebierze i położy do łóżka a potem na te kilka godzin będzie przy Niej. Prawda jest taka, że od kilku już lat, kilogramów i akcji napadowych niewielu się u nas bije o tą możliwość, ba - mówiąc brutalnie - nie ma ani jednego. Chęci i gotowość do pomocy ma moja najlepsza na świecie i niezastąpiona Mama jednak gabaryty B. już powodują, że nie zrobi z nią wszystkiego co trzeba. Choćby chciała to po prostu nie da rady, co wcale mnie nie dziwi, bo mimo prawie 13-letniej zaprawy są takie czynności, które plasują się już bardzo blisko granicy mojej wytrzymałości fizycznej i psychicznej.
No więc imprezy, wyjazdy, wyjścia - spoko. Samotne eskapady na zakupy, do lekarzy, przejażdżki dla relaksu - ok. Ale są w życiu takie dni, kiedy oddałoby się naprawdę wiele, jak nie wszystko, żeby zjawiła się jakaś magiczna wróżka i powiedziała "Ty idź BEZ B. (to ważne!) a ja zrobię przy Niej WSZYSTKO czego potrzebuje i co zrobić trzeba". I kropka. I już. Na dwie godziny. Na trzy. Boże, na dzień... A noc? Nie pamiętam, kiedy spałam od 22.00 czy 23.00 do 5.00 albo 6.00 bez wstawania, poprawiania i doglądania B.
Dziś moja młodsza Córka zaczęła swoją przygodę ze szkołą. Przedwczoraj ją urodziłam, wczoraj zaczynała przedszkole a dziś jako dumna pierwszoklasistka ruszyła do swojego nowego Hogwartu i właśnie dziś potrzebowała mnie na wyłączność. I całą mocą, z ogromnym wsparciem Mamy, starałam się Jej te 2 godziny wyłączności zapewnić. Ona jest bardzo mądrą 7-latką i wie, że robię co mogę... Z drugiej jednak strony to "tylko" beztroski dzieciak, który marzyłaby, żeby chociaż raz w roku mama była tylko dla niej i nerwowo nie dzwoniła czy czas już wracać, żeby posadzić jej siostrę na wózku, ściągnąć ją z wózka, przenieść, położyć... Są takie dni, kiedy moja głowa i serce pragnie na milion procent być od tej odpowiedzialności i poczucia bycia niezastąpioną wolna. Tak by nie musieć liczyć czasu, martwić się jak zdążyć na leki i czy Mama poradzi sobie z tym czy tamtym. Bywa, że czasami całą sobą pragnę, żeby pełną odpowiedzialność za retta wziął za mnie ktoś inny. Tylko i aż na kilka godzin.
Dziś problem nie leżał w Mniejszej, on był zdecydowanie we mnie. Takie udało nam się to drugie dziecko, że tak to wygląda najczęściej. Z wielką pokorą przyjmuje wszystkie te rzeczy, których nie możemy robić przez chorobę Jej siostry, te, które robić z tego właśnie tytułu musimy i z niegasnącym zapałem 7-latki lawiruje między ograniczeniami tak, żeby mimo wszystko móc jak najwięcej. Dziś widziałam, że ta nasza codzienna bezwzględność pt. "musimy już wracać do Blanki" zabolała ją trochę bardziej niż zwykle, bo dzisiejszy dzień był przecież absolutnie wyjątkowy. Przy czym, ona, jak to ona powiedziała "no dobra" a mi żal wylazł łzami przez oczy.
Dziewczynko moja mniejsza, marzę, że zapamiętasz w większości te rzeczy, które mimo wszystko udało nam się razem zrobić i których mogłyśmy we dwie posmakować, a nie te których nie udało mi się Ci pokazać. Że czułaś i czujesz, że jestem dla Ciebie na 100% mimo, że mam tak wiele zobowiązań wobec tego cholernego retta.
Bardzo Cię kocham, mój Szczeniaczku Uczniaczku. Nigdy, przenigdy się nie zmieniaj.
mama

A nie ma tam u Was opieki wytchnieniowej? U nas powoli raczkuje, znajomi rodzice sobie chwalą (ja nie próbowałam jeszcze, ale zaczynam dojrzewać do tego projektu ;)).
OdpowiedzUsuń