Jak jesteś wrażliwcem (teraz to się już fachowo nazywa - WWO, osoba wysoko wrażliwa) to masz w sumie dwa wyjścia. Albo to polubisz i będziesz uczyć się z tym żyć (NAuczenie się raz na zawsze odpada - życie jest zbyt wielowymiarowe, żeby nie dać się mu czasem zaskoczyć) albo będziesz traktować siebie jak niektórzy to odbierają - jako himeryczną pannę lub panicza, którym ch wie o co chodzi i wciąż dzielą włos na 144. Wybieram oczywiście (jako nienachalna optymistka) opcje numer jeden, ale czy to znaczy, że jest mi łatwo? Nie, nie jest. Wręcz przeciwnie. Bywa, że świat generuje we mnie taką mnogość uczuć, tak bardzo bombarduje moje zmysły i tak mocno wystawia układ nerwowy na próbę, że bywam na granicy obłędu. Ten, kogo wrażliwość jest standardowych rozmiarów nie zna zapewne tych stanów, i tego mu szczerze zazdroszczę. Z drugiej jednak strony pewnie też nie potrafi tak jak ja jarać się wiewiórką na drzewie albo śniegiem spadającym z nieba. Nie potrafi wyczuwać pewnych sygnałów u innych ludzi albo ekscytować się tak jak ja. Bo przeżywam też na full, jak mrówka okres albo i bardziej. Jak się cieszę - to jak 3-latka. Coś za coś.
Artur Andrus pisał niedawno w swoim felietonie cytując poetę Andrzeja Garczarka ("Pod bladożółtą słońca blaszką"): "Nie jest mi dobrze tak do końca / ani tak bardzo w końcu źle", a potem "To przecież o mnie. I taki stan nie wymaga żadnych działań. Ale trzeba mieć jakiś plan na stan kiedy robi się za dobrze albo za źle". Więc to jest także o mnie, z tą małą różnicą, że plan muszę mieć nawet na czas kiedy jest tak sobie. Moja głowa nie śpi i wciąż generuje lawiny kłębiących się myśli na jawie, snów w nocy, analizuje tony uczuć, odczuć, niuansów i bywa, że czuję, że mnie to wykończy. Brzmi znajomo? Pewno dla niektórych tak.
Do wad wysokiej wrażliwości zalicza się, oprócz masochizmu myślowego, fakt, że ta nie-wysoko-wrażliwa część świata go zupełnie nie rozumie. Tego nie leczy się pigułką-dobrą-radą "po co tyle myślisz" albo "weź tak nie przeżywaj" bo generalnie to po nic. Bo myśli się i przeżywa dalej, taka natura. Mam oczywiście na to swoje sposoby ale i one czasem zawodzą. Bywają dni, jak niedawny czarny poniedziałek, kiedy staję przed lustrem i mówię - "Dłużej z Tobą nie wytrzymam, ani godziny dłużej, ani myśli i emocji więcej".
Więc nie dość, że jestem wysoko wrażliwa to jestem też mamą. I mam na pokładzie dwójkę dzieci, które również mają swoje humory, światy wewnętrzne i emocjonalne historie. Jedna ma w dodatku retta, który by kogoś zerowo wrażliwego do wrażliwości doprowadził a druga intensywnie się rozwija, uczy i jest wwo jak ja. Tak przeżywamy, tak mamy, co zrobić. Wraca czasem ojciec z roboty (po 10 godzinach nie-bycia, który w dodatku wwo nie jest, choć też nie jest jakimś emocjonalnym taboretem; no powiedzmy - tak gdzieś pomiędzy) i patrząc na nas trzy, pyta "Co tu wybuchło, co tu się stało, co tu się odpierdziela?!" Hm... Nasze nastroje czasem bardzo się nakręcają a na to z kolei jest jedna sprawdzona metoda - ktoś musi wyjść. Tylko jak to zrobić gdy: a) jedna nie chodzi więc nie wyjdzie, b) druga jest za mała żeby ją wykopać z domu, c) ty jesteś mamą, musisz im zapewnić opiekę i nie możesz ot tak sobie iść, bo prokurator... No i wtedy wybucha ten gejzer, emocjonalne szambo wywala, dzieci krzyczą, matka płacze, pies miałczy, kot szczeka, i na to wszystko wchodzi ten nasz ojciec będący jednym wielkim zdziwieniem. Nie, że tak jest codziennie, ale tak bywa.
Mam kilka teorii i swoich własnych sposobów na to jak przetrwać najgorsze chwile, kiedy ilość wrażeń zalewa mnie jak tsunami (nieważne jakie to emocje, ważne że na skali mruga wściekle czerwone światełko a alarmy wyją jakby się paliło). No to teorie najpierw:
1. Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. Proste, życiowe, praktyczne. Każdy stan, po przewaleniu się przez człowieka, wygaśnie, przeminie, wyzionie ducha, tylko mu trzeba na to pozwolić. Nie walczy się z wiatrakami, nie ma sensu walić w wieku prawie 40lat głową w mur. Fala przypływa, bierzesz wdech, i siup - pod wodę. A potem wypływasz, wszystko przez Ciebie się przewali i masz spokój. Czy to ból, frustracja, lęk, euforia, smutek, cokolwiek. Minie. Wszystko mija.
2. Życie to cały wachlarz emocji. Nie ma dobrych, złych, każdy z nas przeżywa wszystkie i każdy przeżywa je inaczej. Te niezbyt miłe też są po coś, też są elementem tej naszej egzystencji. I Ty, mały człowieku, masz prawo! czuć frustrację, zmęczenie, zniechęcenie, wściekłość, złość. Wszystko to jest częścią tego świata.
3. Tak jak syty głodnego nie zrozumie, tak nie-wrażliwy nie zrozumie wysoko wrażliwego. Są osoby, którym nawet nie warto tłumaczyć i lepiej ten czas i energię zużyć na wyciszenie siebie.
4. Myśl mniej. Wiadomo jak to działa, pomyśl sobie "nie myśl" a na myślotoku jak na desce surfingowej z turbodopalaniem okrążysz w minutę Ziemię. Trzeba myśli, które i tak będą płynąć między uchem a uchem okiełznać z rwącego potoku w spokojny strumień. A na to każdy ma już swoje sposoby.
Ja mam głównie pisanie. To układa mi w głowie, relaksuje mózg i ciało, porządkuje te poszarpane uczucia i wycisza emocje. Piszę bloga (jako autoterapia od lat) ale też masę innych rzeczy. Ostatnio piszę znów długopisem po papierze, i odnajduję w tym jakiś mistyczny element... Tak bardzo zapomnieliśmy o radości pisania ręką, pięknym długopisem, piórem, po papierze... Odkrywam w sobie na nowo radość bazgrolenia słów, myśli i wszelkich głupot w moim pięknym czerwonym notatniku.
Poza pisaniem - czytam. Maluję po numerach obrazy. Robię zdjęcia. Ćwiczę. Chodzę. Śpiewam. A czasem na przykład - płaczę. Też od całkiem niedawna udaje mi się tak fajnie i oczyszczająco rozryczeć a dziecko mniejsze komentuje "no, mama to lubi sobie popłakać jak pisze" (albo w sumie - popisać jak płacze). No lubi, tak się oczyszcza ale też - wzrusza. Bo w gruncie rzeczy, mimo, że masa z tym problemów, lubię i chcę życie przeżywać. A nie tylko tak na chłodno w nim statystować.
A.
Grafika: pieknouyslu.com



O! To o mnie :)
OdpowiedzUsuńPłakanie powinno być w zaleceniach lekarskich jako tańszy zamiennik niektórych prochów. Poza tym nie obciąża wątroby.
OdpowiedzUsuń