"najważniejsze, żeby dzieci były zdrowe, żeby nie kaszlały, nie smarkały, były rumiane i szczęśliwe!". Tak jest, to jest najważniejsze, też sobie to ciągle powtarzam choć w głębi umęczonego gilem i smarkiem ducha myślę, że jeszcze ważniejsze jest w sumie to, żeby zdążyć przed psychiatrykiem nacieszyć się ich wyjściem z domu i odzyskaną wolnością.
To jest dla mnie największe wyzwanie, taki codzienny czelendż powtarzany dzień po dniu i to na rosnącym (wraz z dniami więzienia) poziomem trudności. Ile mogą zrobić żebym straciła nerwy? Na dzieci się nie krzyczy, dziećmi nie szarpie, już o biciu nie mówiąc, nie te czasy. Ale matki nadal są takie same, tak samo zmęczone, tak samo eksploatowane i tak samo na granicy wytrzymałości psycho-fizycznej. I co jest inne niż pokolenie wstecz - najczęściej są bardzo ale to bardzo samotne, bo nie żyją w tzw. kupie, dzieci nie zajmują się sobą z innymi dziećmi a one najczęściej są zdane same na siebie. I nie dziwi mnie już, że jak zza horyzontu wyziera wizja domowego lockdownu (już bez względu na przyczynę) dłuższego niż 3 dni to JEDNO JEDYNE co mam w głowie to "kiedy znów pójdą do szkoły???" I - czemu nie dziś... Czemu nie jutro. Jak żyć...
Pisałam niedawno o mojej wysokiej wrażliwości i dla niej cała kolejna doba z dziećmi w domu tak non stop to jest naprawdę mordownia. Dla mnie ale też dla nich, bo każda z nas potrzebuje nabrać perspektywy. Najlepiej nabiera się jej jak można się oddalić, zatęsknić za sobą, złapać kontakt z własnymi myślami. Wstyd to przyznać? Oj bardzo... I pierwszą, która walnie Cię kamieniem między oczy jak to usłyszy jest druga kobieta, najczęściej też matka, no bo "Jak można?!" Można. To normalne, tak czuć. I normalne lubić swoje dzieci najbardziej jak są daleko... Mieć ich dość, czuć zmęczenie, znużenie, frustracje i różne tego typu uczucia. I w tym wszystkim kochać je najbardziej na świecie. Nic tu w moim mniemaniu się nie wyklucza.
Ch.jowa Pani Domu (a raczej Magdalena Kostyszyn) w swojej ostatniej książce na pytanie "Co najbardziej rozczarowało ją w macierzyństwie?" odpowiada "inne matki". To jest chyba to... Tak często zostajemy same ze swoimi macierzyńskimi demonami, bo przecież inne laski tego nie czują i nie omieszkają Cię zapewnić, że idzie im o całe nieba lepiej niż Tobie. Ich bombelki są wspaniałe, nad wiek rozwinięte, a one same w byciu matką już w pierwszym roku mają czarny pas. A gdy ich młode są chore i delektują się (!) wspólnym czasem w domu to żeby nie marnować czasu na rozwój robią im teatrzyki cieni na ścianie, wyścigi w workach po ziemniakach przez przedpokój a jak robi się kryzysowo to cały bunt i wkurw dzieci rozbijają maminym pocałunkiem jak igłą bańkę mydlaną. I wiecie co? Gówno prawda. Ryją czasami zębami o macierzyński parkiet jak wszystkie z nas. Nie lubią swoich dzieci, mają ich dość, odliczają dni aż będą choć chwilę same. Marzą, żeby nie słyszeć wrzasku i nie tłumaczyć po raz miliardowy, że w grudniu nie idzie się na dwór w balerinach. Chcą choć chwilę być same dla siebie, nie podawać, nie zabierać, nie odnosić i nie sprzątać. Nie wycierać gili ani łez, nie zgarniać za nie te rajstopy i zadanie domowe z angielskiego. Każda z nich w końcu usiądzie zaryczana w łazience zamknięta przed młodymi i przyzna - nie wiem po co je urodziłam. I to też jest wliczone w macierzyństwo... Bo to jest naprawdę ogromne i przytłaczające czasami wyzwanie, żeby te dzieci wychować na samodzielnych dorosłych i przy tym samemu nie oszaleć.
Tylko jedno mnie zastanawia, martwi i wścieka zarazem. Dlaczego nie słyszymy tej prawdy od swoich matek, babć, ciotek, generalnie - od starszego pokolenia?? Czemu nie mamy jednej podstawowej informacji na początku. "Będzie naprawdę trudno" i co nawet ważniejsze - "mi też było". Ktoś kto całe życie słyszy, że macierzyństwo to jedno wielkie spełnienie już na etapie ciąży może się rozbić o sedes biegnąc z wymiotami. Potem jest jeszcze ambitniej i każda młoda kobieta powinna mieć tego świadomość. Tymczasem żyjemy w jakimś urojonym kobiecym wymiarze, w którym starsze od nas stażem rzadko kiedy przyznają się, że przeżywały to samo. Że też modliły się, żeby od poniedziałku już poszły do szkoły, żeby nie kaszlały, niczego nie chciały i najlepiej w 18-te urodziny były już spakowane. Bo czy to znaczy, że swoich dzieci nie kochały i my nie kochamy swoich? Wręcz przeciwnie. Zależy nam tak bardzo, że nie umiemy wyjść poza wiecznie niedościgniony wzór matki Polki, która jest uosobieniem wszelkich maminych i kobiecych cnót. I która w gruncie rzeczy istnieje tylko w legendach i na forach internetowych...
A.
Grafika: https://www.comedycard.co.uk/
Moja mama kiedyś powiedziała"...bo to co trudne się zapomina...ale tak w sumie czadu dawałaś -przy mnie"...
OdpowiedzUsuńPs. My też po pierwszym zdalnym maratonie -kl.1 ufff