środa, 15 grudnia 2021

"Wyżej Retta nie podskoczysz", cz.2 - same początki.

 
Tak pozytywnego odzewu to ja się nie spodziewałam! Teraz nie ma wymówek, trzecią ostatnią część muszę dopieścić zanim do niej dolecimy.  
Idziemy za ciosem, dziś druga część - o samym początku, który już nieśmiało zwiastował nadchodzące kłopoty. Za żadne skarby nie wróciłabym do tego okresu w życiu i a propos tego skojarzył mi się cytat Churchilla - "Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się". No to wtedy było: do biegu, gotowi, start!

 



                                                              Preludium


W ósmym tygodniu życia Blanki zaliczyliśmy skutkującego dramatem pecha. B. piła mleko z piersi tak łapczywie, że któregoś z sutków musiała nadgryźć i przy okazji wypić trochę mojej krwi. Ale do tego doszliśmy później, bo wcześniej ulała całkiem pokaźną porcję pokarmu z krwistymi smugami. Nie można się spodziewać po zielonej jak trawa na wiosnę, matce, że ten fakt pominie i wróci ot tak do codziennych obowiązków. Nastąpiła lekka panika. Pojechaliśmy szybko do najlepszego w mieście pediatry, który orzekł, że to krew z sutka i nic złego z dzieckiem się nie dzieje. To była dobra wiadomość, natomiast zła była taka, że 20 minut czekaliśmy zamknięci w poczekalni dwa na dwa metry z dwoma przedszkolakami o oczach zamglonych wysoką gorączką. Teraz zawołałabym lekarza do domu, ale wtedy zadziałałam intuicyjnie – krew w wymiotach - jedziemy do lekarza.
B. niestety bardzo beknęła za ten eksces, bo po kilu dniach od wizyty zaczęła pokasływać. Wróciliśmy do mistrza pediatrii a on zalecił nebulizacje, dał syrop na kaszel i nakaz nie panikowania. Tak też zrobiłam a następnego dnia, uzbroiwszy moich w świeżo wydojone mleko, ruszyłam do Wrocławia zaliczyć główny egzamin sesji zimowej, bo byłam jeszcze studentką Filologii Angielskiej (egzamin był kobyłą z literatury angielskiej, pamiętam do dziś). Po kilku godzinach zadzwoniłam do A. spytać jak tam mała a on mi powiedział, że jadą właśnie do szpitala, bo się dusi. Nie pamiętam jak ale 50-kilometrową trasę z uczelni do B. pokonałam z prędkością światła, dzięki Bogu nie zabijając nikogo ani siebie po drodze. Wpadłam do izolatki, wzięłam ją w ramiona, podałam pierś a ona, taka słaba i biedna, z trudem łapiąc oddech piła moje mleko, a ja podlewałam jej główkę łzami. To była moja pierwsza, i jak się okazało - nie ostatnia, macierzyńska trauma i rzeczywiście to nie był jeszcze aż taki powód do płaczu.

Okazało się, że ma już pięknie rozwinięte zapalenie płuc i stan średnio-ciężki przy przyjęciu do szpitala, a dodam, że 12 godzin wcześniej dostała syropek i „weź, młoda matko, nie przesadzaj”. Wdrożono dożylnie pierwszy antybiotyk, potem drugi. Nie reagowała, zapalenie postępowało a ona czuła się coraz gorzej, bo problemy z oddychaniem były już naprawdę widoczne. Ordynator powiedział nam, że próbują jeszcze sterydów ale jego doświadczenie mówi, że może być różnie bo to maleńkie dwumiesięczne dziecko więc lepiej żebyśmy ją ochrzcili. Nie zapomnę tego dnia nigdy. W moje 24-te urodziny ksiądz z naszej parafii podjechał swoją beemką pod szpital powiatowy, żeby ochrzcić małą B. Bo „może być różnie”... Nie mogło być różnie, miało być dobrze, miała mieć chrzciny z tortem i bucikami z cukru i życie równie słodkie co te buciki i cały tort. Tak miało być! A zamiast tego właśnie walczyła o każdy oddech pod aparaturą a ja ryczałam patrząc jak bardzo się męczy. Po kilku dniach nastąpił wybłagany przełom, a po 2 tygodniach byłyśmy znów w domu. Wywinęłyśmy się śmierci spod kosy ale skutki tej ciężkiej infekcji można było odczuć jeszcze długo.
W wieku 6 miesięcy ważyła tyle co roczniak i to niestety był efekt sterydoterapii, która musiała być kontynuowana jeszcze przez pewien czas po wypisie. B. miała wtedy nogi i ręce jak ludzik Michellina a szyi to nie miała wcale. Co gorsza, od tego momentu Jej życia chorowała dużo i chętnie. Od pierwszego gila do zapalenia oskrzeli zwykle dzieliło nas kilka lub kilkanaście godzin, miewała szmery w płucach, dostawała kolejne antybiotyki, nebulizacje, wziewy, sterydy i tak w sumie w koło, aż do pierwszych urodzin. A jeśli chodzi o to co najważniejsze w pierwszym roku życia dzieci, czyli rozwój, to Pendolino, które tak trudno zatrzymać, ten pęd do samodzielności… U B. był raczej jak lokomotywa parowa, której w zasadzie nigdzie się nie spieszy.
 
                                                                        

                                                                                       Tego się uchwyciłam

Coś ona się leniwie rozwija”. Raz mówiłam to ja lekarzom, raz oni mnie, a racjonalnych powodów by twierdzić, że coś jest naprawdę nie tak było niewiele. „Ciężka infekcja za wczesnego niemowlęctwa może opóźnić rozwój”, mawiał jeden mądry doktor, „taka waga też opóźni rozwój ruchowy”, orzekł drugi. Gdy miała 10 miesięcy zasięgnęłam porady neurolożki, jedynej w moim mieście, która stwierdziła, że są dwie opcje. Po pierwsze – jest leniwa, ja za młoda by być matką więc nadgorliwa i zapewne cały czas ją noszę na rękach a dziecko nie ma czasu ani przestrzeni na rozwój. Lub, po drugie i o wiele ciekawsze (!) – ma syndrom dziecka wstrząsanego. Powiem szczerze, po tej wizycie sama w sobie odkryłam ten syndrom, bo trzęsłam się i ze wściekłości i z rozpaczy. To było jak strzał w twarz z mokrej ręki albo od razu - pięści. Jak Bóg mi świadkiem – ani razu nie wstrząsnęłam małą B. i zamiast dostać jakieś wskazówki w związku z opóźnionych rozwojem neurologicznym mojego dziecka, dostałam od doktorki dwie ogromnie podbudowujące teorie. Albo źle się nią opiekujemy blokując rozwój, albo nią wstrząsamy. Obawiam się, że to był punkt zwrotny w moim lubieniu lekarzy, bo od wtedy ich po prostu nienawidziłam.

Im bliżej pierwszych urodzin tym bardziej realne i namacalne stawało się „z nią chyba jest COŚ nie tak”. Nie chciała stawać, nie próbowała robić kroków, a jeżeli już to jak kaczka, na bardzo szerokiej podstawie. Wypadały jej z rąk przedmioty, nie umiała manipulować korbkami w zabawkach. Z dnia na dzień traciła zainteresowanie światem. Czegoś jednak musiałam się uchwycić, żeby po prostu nie zwariować. Mądre książki, moje kuzynki i koleżanki, które też mają dzieci powtarzały, że będzie chodzić później, bo zaczyna mówić i pokazywać, a dwóch srok na raz za ogon złapać się nie da. Drugim kołem ratunkowym, którego kurczowo się trzymałam, był fakt, że nie wszystkie dzieci czworakują, byleby się „jakoś” przemieszczały. B. skakała na jednym półdupku, a na każdą próbę stawiania reagowała podkurczaniem nóg. Z drugiej zaś strony pokazywała motylka-naklejkę, którą miała na oknie w swoim pokoju, była radosna i słodka oraz chętnie nadużywała słowa „ne ne” a nawet nazywała kotka „kokek”. Nie było siły, wszystko musiało być ok, nie wszyscy rozwijają się i uczą w jednym tempie Nieustannie wierzyłam, że w końcu dorówna dzieciom w jej wieku. "Nadrobi" – powtarzałam w myślach jak mantrę, "nadrobi" – gadały babki i pani sąsiadka, "nadrobi" – pocieszał pediatra. No niestety, nie nadrobiła już nigdy.


c.d.n. :)

                                                                                                                               A.

Grafika: https://dantesinferno.fandom.com/


2 komentarze:

  1. Choć to historia poważna i raczej komedią nie jest, uśmiech ciśnie mi się na usta, bo czekałam na to! Doczekałam się książki:) pięknie piszesz, masz dar i stety-niestety niecodzienną historie do opowiedzenia.. to wspaniale, że piszesz, spełniasz się i dzielisz się tym z nami. Pozdrawiam najmocniej, Paulina:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze się czyta! Nie ustawaj!!

    OdpowiedzUsuń