sobota, 22 stycznia 2022

Smutek & żal

 Napad, akcja, sinienie, wlewka, tlen, przywracanie oddechu, odsypianie. Kiedyś to przecież była codzienność. Teraz zdarza się czasem. Ale tak wtedy jak i teraz zostawia mnie z całym workiem emocji, z którymi cholera wie co zrobić. I wtedy jak teraz radzę sobie z nimi zupełnie inaczej. 
Jak może czuć się matka, która widzi dziecko w zagrożeniu życia (duże zasinienie tym właśnie jest), w cierpieniu (też tym jest napad padaczki o dużej mocy i długości), potem w ogromnym zmęczeniu i bólu (zawsze po napadzie trzeba odespać a jak się wstaje to się ponoć czuje jak kupa z ogromnym bólem głowy czyli jak po imprezie jakiej nie przeżył nikt). No jak się może czuć? Do dupy. Zawsze okropnie mi jej żal a od kiedy mam drugie dziecko - żal mi ich obu. Pierwsza przeżywa męki a druga się zwyczajnie o nią boi. Dziś usłyszałam od 7-latki "mamo, ona wyglądała jakby nie żyła, bardzo się bałam". Wiem, dziecko, ja i tato baliśmy się tak samo. I w sumie jedyne, czego boimy się na co dzień to takie właśnie zagrania retta.
Kiedyś pozwalałam sobie niejako na taplanie się w tych uczuciach zaczynając od zaprzeczania im, czyli - wcale nie jest tak źle, no ma padaczkę, bywają silne napady itd. Przekonywało to przerażoną matkę? Wcale. Ani tych uczuć przeżyć, ani przerobić, bo przecież ich nie ma ale smutek niewyjaśniony trwał i trwał w nieskończoność. Teraz robię inaczej. Często w dzieciństwie słyszałam od ojca "nie rozczulaj się" i właśnie od tego zaczynam. Przyznaję przed sobą jak bardzo mi B. i jej siostry żal w okolicznościach dużego napadu. Jedna cierpi, druga się o nią boi i też cierpi i niewiele da się z tym zrobić. Technicznie - staram się przywrócić spokój i rutynę jak najszybciej, zająć czymś Mniejszą, większej dać szansę na regenerację. A sama - biorę ten żal na klatę i jak trzeba to zwilżam oczy. Albo idę na spacer. Albo ćwiczę, maluję, cokolwiek na co mam chęć. Ale nie udaję, że nie mam prawa się tym nie przejmować, jednak nie wszystkie dzieci na świecie muszą dusić się albo patrzeć jak dusi się siostra przy sobotnim śniadaniu. Jednak zawsze pamiętam, że są tacy, którzy śniadania nie mają wcale więc odreagowujemy najszybciej i najzdrowiej jak się da (wino też się sprawdza, ale nie jak napady są po 30 dziennie bo wtedy AA ;) i wracamy do życia. Robimy to co zawsze, staramy się nie zatrzymywać w tej rettowej patologii. Bo jest później niż się wydaje i szkoda każdej godziny oddanej temu gnojowi. 
Idę robić frytki, życie jest za krótkie żeby jeść gotowane ziemniaki ;)

Dziecko wymyśliło "uśmiechator" :D

                                                                                            A. 

2 komentarze:

  1. Je y jak te słowa mi były dziś potrzebne . Nasz córka tez ma Retta i tak jak zaczęły się wakacje zaczęła się padaczka , która mnie przygniotła do samego dna . Te słowa dają trochę ukojenia♥️

    OdpowiedzUsuń