Mniejsza ma pasję, która jest równie ogromna jak moja dinozaurowa kiedyś. Kocha konie. I totalnie wszystko co z koniem związane - siano o zapachu konia, ziemię, po której stąpał koń, rżenie konia, czesanie konia, bluzki z końmi, figurki z końmi i konie z końmi. Zawsze widząc moje wywracanie oczami w kwestii tej monotematyczności podsumowuje sprawę prosto - "Ale to jest KOŃ!!!". Jednak tym co kocha najbardziej jest jazda na końskim (czy kucowym) grzbiecie i kojące bujanie wielkiego, rozpędzonego bardziej lub mniej cielska. Od dwóch lat z ogromnym zaangażowaniem uczy się jeździć i dbać o to majestatyczne zwierzę. Sama Jej miłość podsycam, bo mi się udzieliła, nie powiem, że nie. Mam swoich przyjaciół od marchewki, którzy już wiedzą, co kryje moja torebka, lubię sztachnąć się zapachem stajni a jak koń się rozpędza to świecą mi się oczy jak ćpunowi po kresce. Przedwczoraj miałyśmy swój debiut, który musiał kiedyś nastąpić, Księżniczka Mniejsza spadła z konia (kuca w sumie ale dla 7-latki i siły odśrodkowej odrzut był całkiem, całkiem, bo i prędkość konkretna a kuc długonogi). Wszystko zadziało się bardzo szybko - zwierz się wystraszył, zerwał, Mniejsza walczyła jeszcze pół sekundy na jego grzbiecie aż pofrunęła w czasoprzestrzeni, żeby rąbnąć z impetem o glebę. Ubrałam odruchowo lękowe okulary, żeby zauważyć, że za niedługo będę mieć dwie (!) niepełnosprawne córeczki i dwa wózki specjalne do pchania. Albo chociaż, że coś sobie połamała i ma wstrząśnienie mózgu, skutkujące bolesną końcówką jej ogromnej pasji albo życia w ogóle. Jednak okulary zjechały mi po kilku minutach z nosa bo nic takiego się nie wydarzyło. Córka wstała, utuliła wspierająco konia, pomachała mi taka zielono-czerwona na buzi, że luz blues, wsiadła i pojechała dalej... Cholera, pomyślałam, może coś z tym moim "paczaniem" nie halo?
Rett zrobił mi w głowie dość dużo niefajnego i przyznam, że na niego najłatwiej mi się zwala wszelkie swoje schizy, braki i niedociągnięcia. Pewnie byłabym ufniejsza wobec życia, gdyby nie to co stało się z B. Z drugiej jednak strony lęk o dziecko, jego przyszłość i bezpieczeństwo jest raczej typowy i wpisany w rodzicielstwo a rett dowala swoje. Wiedziałam o tym rodząc Mniejszą, że powstrzymanie mojego lękowego widzenia świata i nie blokowanie przez to Jej rozwoju będzie motywem naczelnym mojego bycia matką po raz drugi. Że moje dinozaurowe okulary będą raz na czas wskakiwały mi na nos ale ona nie musi o tym wiedzieć i fakt ten nie ma prawa determinować jej życia, pasji i zwykłej codzienności.
W momencie, kiedy wstała po upadku od razu poszukała mnie wzrokiem i czego oczekiwała? Tylko kciuków do góry, uśmiechu i zapewnienia, że za tydzień, zgodnie ze zwyczajem, częstujemy w stadninie czekoladą. Tak też zrobiłam. Nie, że się nie bałam, o nie. Ale są rzeczy, które musimy w sobie zamknąć jak w beczce na kapustę i je ukisić, aż wyjdzie z tego wspaniała kiszonka na zimę. Z własnych lęków też.
Wiem, że będzie coraz weselej; jeden nielot w gnieździe zostanie bezpieczny już na zawsze, ale ten drugi będzie odfruwał coraz wyżej i coraz dalej. Nie raz spadnie, nie raz wróci z rozwalonym kolanem albo sercem. Popełni swoje błędy, rozczaruje się życiem... Zachwyci się i zapłacze. Załamie i podniesie. I właśnie to ostatnie zawsze będzie zauważane najmocniej jak się da. Bo nieważne ile razy spadniesz z konia, ważne ile razy z pokorą na niego wrócisz. A życie nie jest tak uprzejme jak kuc imieniem Keks i potrafi dużo bardziej poturbować.
A.
Grafika: sklerotyczka.pl
Aga świetny tekst������, potrafisz rozbawić do łez... ������ Powodzenia dla Was��
OdpowiedzUsuń