Jestem jedynaczką, więc zawiłości siostrzanych i braterskich więzi, choćbym chciała, nie jestem w stanie zrozumieć. Jednak od zawsze byłam dobrym obserwatorem i też na szczęście miałam kogo obserwować, bo wychowywałam się w dość dużej grupie kuzynostwa. A oni potrafili dać czadu jak mało kto. Akcje z przelatywaniem z szybą przez drzwi, wojny, walki, krwawe jatki i podchody to była na pewnym etapie życia codzienność. Szczerze, to trochę im zazdrościłam, że mają komu legalnie przywalić gdy życie przerasta. A co najlepsze, wyrośli na ludzi wspierających się na wzajem a bratersko-siostrzane walki z młodości poszły jakimś magicznym sposobem w niepamięć.
Myślę, że niejeden (albo każdy) rodzic więcej niż jednego dzieciaka zachodzi w głowę, jak tu pomóc swojemu potomstwu i sobie przetrwać okres burzy i naporu i zapoczątkować relacje, które przetrwają lata. Nie jest to proste. Po pierwsze - kochać tak samo się nie da, to według mnie niewykonalne. Z taką samą mocą i gotowością do oddania życia za każde z dzieci - OK, ale dokładnie tak samo, w takiej samej formie, z tymi samymi trudnościami i zawiłościami - nie da rady. Po prostu nie ma jednakowych ludzi (czyli też dzieci) i każda relacja siłą rzeczy jest inna. A to, że z jednym dogadujemy się inaczej (a nawet - lepiej) niż z innym musi rodzić w młodych konflikty. Zawsze ktoś będzie czyimś pupilkiem, bo pewne cechy charakteru i okoliczności zagrają z nim czy nią lepiej i sprawiedliwości już nie ma prawa być. Tego się nie przeskoczy. Dać każdemu tyle samo zaangażowania, czasu, ciepła też jest chyba nierealne, choć każdy przeciętny rodzić będzie walczył o to, żeby rozdać siebie jak najbardziej sprawiedliwie mimo wszystko. W trudnych chwilach, kiedy życie daje po dupie, też jest trudno wspierać potomstwo tak samo, bo i życie kopie z różną mocą i my - rodzice, mamy w różnych momentach różny poziom mega-mocy. Trzeba cały czas się dostosowywać; do zmieniających się potrzeb dzieciarni, okresów rozwoju i warunków zewnętrznych. Określać siebie wciąż i wciąż na nowo. I to co spędza sen z powiek - pomagać swoim dzieciom budować ich wzajemną relację, żeby za lat 20 nie musiały odwracać się na ulicy udając, że się nie znają. Taka moja teoria, bo praktyka jest jeszcze bardziej wymagająca.
Tak naprawdę jak to zrobić - nie wiem. Rodzeństwa nie miałam, konkurencji do serca mamy i taty - również. Żyłam sobie jak pączek w maśle i miałam rodziców ilość niepodzielną. W naszej rodzinie, w okresie mojego dzieciństwa, nie było żadnego dramatu ani choroby więc dostałam miłości i uwagi ile tylko potrzebowałam. Moje dziewczyny są dwie; w związku ze świadomą decyzją i marzeniem o zdrowym rodzicielstwie. A teraz właśnie jesteśmy na tym nieszczęśliwym etapie, w którym ich więź zbudowana przez pierwsze lata życia Mniejszej wali się jak domek z kart. Trzeba pewnie rozważyć punkt widzenia każdej z nich, bo każda ma swoją prawdę i również ma za co nie lubić tej drugiej. Ja ich czasami nie lubię obu więc wiem jak to jest ;)
Większa, niepełnosprawna
Ponad 4 lata miała nas na wyłączność, potem pojawiło się to nieproszone Mniejsze. Wie, że nie jest taka jak inni, może czuje zazdrość o zdrowie i zwyczajność siostry? Nie potrafi powiedzieć co czuje. Nie może bawić się z Mniejszą ani jej strofować, za pożyczone bez pytania spodnie. Nie czuje swojej "starszości" bo to jej trzeba we wszystkim pomóc i to ona mimo, że starsza, zajmuje w rodzinie pozycję "dzidziuś". Poza tym codziennie jej głowę zalewa mieszanka wybuchowa z nastoletnich hormonów a Mniejsza żyje w najlepsze zupełnie nieznanym jej życiem. Ma swoje konie, koniki, kucyki, piszczące koleżanki, coraz bardziej wzbudzających ciekawość kolegów i pomału wchodzi w coraz większą samodzielność. Ona stale jest i będzie już zawsze od kogoś zależna. Nie doświadcza ani odrobiny wolności, niezależności i swobody, którą ma jej siostra. Może to wszystko razem wkurwić? Oj, może. Mając niewielkie możliwości powiedzenia młodszej "nienawidzę Cię, ty mała wariatko", co jest chyba w pewnym wieku naturalne, pokrzykuje, pokazuje jak bardzo jej nie lubi, wygania kopniakami z łóżka a z niegdysiejszego wspólnego oglądania bajek pod jedną kołdrą mam już tylko blade wspomnienia.
Mniejsza, zdrowa
Prosto z brzucha wpadła w świat, w którym są bezapelacyjne i nie na niej skoncentrowane priorytety; pogorszenie stanu zdrowia siostry, napady, kolejne mnożące się rettowe problemy i ograniczenia. Wtedy nie ma że boli, wszystko inne musi zejść na drugi plan. Mama stara się jak może, ale jest na usługach tej starszej 24 godziny dziennie, a tato ciężko pracuje całe dnie i resztki energii pochłania mu wieczorami kąpiel, karmienie i podawanie leków siostrze. Bo przy niej jest ciągle masa roboty, która zżera ogrom czasu i siły. No właśnie... Czy to może wkurwić? Może. I może dodatkowo martwić. Mniejsza ma 7 lat i tylko częściowo umie wyrazić swój niepokój o Blankę czy zmęczenie całą sytuacją. Albo to, że nie może w ciszy odrobić lekcji bo B. ma zły dzień i zawodzi jak wilk w fazie manii do księżyca. Musi rezygnować z pewnych rzeczy, bo "tu z B. się nie da", "nie mam z kim zostawić B.", "nie pojedziemy bo B. miała napad". I w dodatku sama Ona wykopuje ją z łóżka, mimo, że czasem przychodzi po prostu się przytulić. To nie jest łatwe również dla niej...
A matka co? Dwoi się i troi, żeby każda miała trochę czasu jeden na jeden, tylko dla niej, z pełną uwagą i zaangażowaniem. Mniejsza realizuje swoje małe-wielkie pasje, większej czasem udaje się zorganizować czas tak, żeby nie czuła swojego retta. Każdej potrzebne czego innego a i ten nasz wspólny czas staramy się spędzać jak najmilej. Choć czuję, że zostawienie im teraz wolnej przestrzeni w tej relacji jest konieczne, bo im bardziej staram się je zbliżyć tym jest gorzej. Wściekła B. zgrzyta na Mniejszą zębami a Mniejsza już nawet nie próbuje jej karmić, jak było kiedyś i idzie w swoje sprawy. Ani jednej ani drugiej się trochę nie dziwię... Choć, odwiecznym prawem matki, martwię się i zachodzę w coraz bardziej siwą głowę... Czy mimo wszystko, mimo retta, mimo tego ile daję z siebie przyjdzie dzień, że B. popatrzy na siorkę tak jak kiedyś i powie oczami "kocham Cię, mała" a Mniejsza odpowie "ja Ciebie też"...
Nie ma we mnie oczekiwań wobec Mniejszej, nie ma ich też wobec B. Chcę tylko, żeby znów kiedyś się polubiły i były dla siebie na tyle na ile życie pozwoli i na ile będą chciały. Bez żadnych presji, że ta ma się zająć tamtą, a ta - być taka czy inna. Tylko, żeby mogły razem usiąść na tarasie, jedna z kawą, drugą z miksowany musem owocowym i nawet nie mówiąc nic - popatrzeć na siebie z pełną akceptacją i miłością.
A.
Grafika: https://www.heysigmund.com/siblings-of-children-with-a-disability/
Tak to chyba (musi?) być! I u nas, po latach fajnych siostrzanych relacji, zostały tylko wspomnienia...
OdpowiedzUsuńMoja starsza zdrowa . Różnie to bywało . Od pełnej akceptacji poprzez zlość , bunt, odrzucenie .Teraz obie to dorosłe kobiety. Starsza ma swoje życie i siostra zawsze bedzie dla niej hmmmm małą dziewczynką.Młodsza za to uwielbia siostrzeńca i to po prostu widać.Poowiem tak zdrowemu rodzeństwu jest cholernie trudno. Mimo iż wiedzą ,że są kochane wyśnione i wyczekane to jednak czują się na pewnym etapie po prostu oszukane przez los ,życie czy co tam jeszcze.
OdpowiedzUsuń