![]() |
| Za mocne? :D |
Ile razy zaliczyłam psychiczną i psycho-fizyczną glebę, nie będę się chwalić, bo liczba zapewne imponująca. Ważniejsze ile razy wstawałam i dziś o tym właśnie - jak wstawać szybko i z gracją. Przez te kilkanaście lat wypracowałam pewne metody, które pozwalają mi szybciej z czarnej dupy uciekać, omijać bezdenne otchłanie rozpaczy i stawiać się do pionu bez zawrotów głowy. Sytuacje zewnętrzne są różne, czasem jest ewidentny powód do zjazdu, czasem wystarczy foch i dąs B., jeszcze kiedy indziej zmęczenie jest za duże, żeby organizm mógł sobie z nim poradzić bez szkody dla psychiki. Bywa, że powodu nie ma żadnego konkretnego. Nieważne co na zewnątrz, ważne, że trzeba najpierw przetrwać a potem wyjść na powierzchnię i znów się uśmiechać. Mi pomaga, co następuje:
1. Zawieszenie
W kryzysie, załamaniu, dole, rozpaczy czy smutku nie podejmuję żadnych dużych ani średnich decyzji. Nie wymierzam przekątnych okien życia w okolicy, nie planuję rozwodu, nie pakuję się na rejs dookoła świata. W kryzysie nie myśli się racjonalnie ani też nie jest sobą. Ten czas należy przeżyć (czy raczej przeumierać) bez jakichkolwiek zrywnych ruchów, nawet jak całą sobą ma się na nie chęć. Sama osobiście w ciągu takich kilku dni czy godzin (czy pmsa na przykład) ograniczam do absolutnego minimum decyzje nawet najmniejsze i polegam na swoim wewnętrznym automacie. Kawa z mlekiem i cukrem, dzieci do szkoły, mąż nie ma racji, jak nie pada - spacer itd. Nie wybieram wtedy nowego telewizora, nie szukam ciekawych hobby, nie kupuję Mniejszej butów (czego z zasady już nie cierpię). Olewam te wszystkie decyzje do czasu aż będę mogła je ze spokojem podjąć. Już się nauczyłam, że jak mam słabszy czas to muszę ze sobą jak z jajeczkiem. Więcej czułości, mniej działań, w pewnym sensie - zawieszenie. Świat się nie zawali jak pewne rzeczy odłoży się o kilka godzin czy dni a my damy sobie czas, żeby nie rypać grafiku na 100%.
2. Jedna duża rzecz na dzień
Szczerze, to staram się przestrzegać tej złotej zasady nawet wtedy jak jestem w formie. Czasem się to nie udaje, ale jak jest dołowato psychicznie, to nie ma opcji żeby do kontroli czy innej wizyty dowalić fryzjera, kawę z koleżanką czy coś innego co wymagałoby większej organizacji i bycia na czas. Wiadomo jak jest z niepełnosprawnym dzieckiem - trzeba się nagimnastykować, żeby logistyka zagrała jak należy, więc jedna taka akcja w ciągu dnia wystarczy. Więcej niechybnie spowoduje, że dzień się zrobi się gonitwą w kołowrotku, a to dowali dodatkowo naszej nadszarpniętej psychice. Less is more.
3. Wdzięczność
Zrozumienie tego konceptu zajęło mi długie lata. Doceniaj, bądź wdzięczna, zauważ promyk słońca w pochmurne dni. W każdej rozwojowej książce to znajdziesz i pomimo, że proste w założeniu to kompletnie oderwane od czarnej rzeczywistości. Trudno gdy wali się świat cieszyć się z tego, że wróbelek ćwierka na parapecie, prawda? Nieprawda! Tak trzeba i już! Każdy nasz wewnętrzny dramat jest wciąż tylko i wyłącznie naszym wewnętrznym dramatem a świat ma go zwykle totalnie gdzieś. Jakikolwiek piękny i nawet drobny element codzienności może stać się naszą siłą napędową, warunkiem jest, że go zauważymy. A potem nawet z zawodzenia wróbla będziemy umieli zrobić koncert symfoniczny z opierzonym solistą w roli głównej. Wyolbrzymić szczęście też się da. W każdym, nawet najbardziej parszywym dniu można wyłuskać coś naprawdę pięknego, dobrego, wspaniałego. Mam taki patent, że jak już naprawdę nie wiem co to by mogło być to skupiam się na kawie. Którą kocham. A jak mimo wszystko mi wychodzi, że filiżanka kawy to wciąż za mało do szczęścia, przypominam sobie i wbijam w ten pusty łeb, że w czasach wojny ludzie pili kawę z żołędzi a w PRL-u jakieś zbożowe substytuty a ja mam tyle szczęścia, że nie muszę. Mam pyszną, aromatyczną i najprawdziwszą kawę. To jest szczęście.
4. Przypomnienie swego miejsca w ekosystemie
W dni gdy za bardzo uderza mi do głowy mój wewnętrzny mikrokosmos i całe jego skomplikowanie z poplątaniem, przypominam sobie jedną podstawową rzecz. Jestem tylko i wyłącznie jednym, małym trybikiem w gigantycznej machinie świata. Jednym puzzlem, elementem wielkiej układanki, częścią układu. I to zawsze sprowadza mnie do pionu, kiedy mój umysł usilnie wysyła mnie w podróż niepewności, negatywnych emocji i zbyt trudnych uczuć.
5. Self-care
Już kiedyś o tym pisałam ale generalnie, w skali życia, to dla mnie wciąż nowość. Stosunkowo niedawno nauczyłam się dbać o siebie w kryzysie (bez niego, również). Wiem, że jak jest źle muszę minimalizować bodźce, które do mnie docierają, zwłaszcza te generujące złą energię. Wiadomości, statystyki śmiertelności wojennej i osiągnięcia covida - odpadają. Przeczytałam kiedyś (szukając pomocy jak złagodzić atak złości u kilkulatki), że tak często zapominamy, iż powodem złego samopoczucia, również psychicznego, człowieka większego niż żądne mleka niemowlę może być po prostu głód albo pragnienie. W pmsa, słabsze dni, trudniejsze okresy staram się bardzo zwracać uwagę na to co jem i chociaż nie odmawiam sobie czekolady to zamiast cipsów wybieram orzechy, ciemne pieczywo, dużo warzyw i owoców. Jakoś wierzę, że to przekłada się na szybsze wyjście z doła.
Poza tym nie unikam ruchu, spacer, basen, rozciąganie - zawsze robi dobrze na głowę.
6. Uśmiech i kolor
Nie chodzi o to by maskować sztucznym szczękościskiem ból istnienia ale, żeby spróbować podejść do świata i ludzi z pozytywnym nastawieniem. A nóż, odwdzięczą się nam tym samym? Uśmiech sam w sobie ma jakieś magiczne działanie, staram się go używać kiedy mogę, nawet między łzami.
A jak już nie pomaga nic to maluję pazurki na wściekły kolor, bo to zawsze poprawia mi humor i idę wydać ostatnią kasę w Empiku. O!
Po każdej burzy w końcu wychodzi słońce, czy tego chcemy czy nie. Ale obyśmy chcieli, bo nie ma co za łatwo oddawać walkoverem ;)
W słabości siła.
A.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz