piątek, 1 kwietnia 2022

"Wyżej Retta nie podskoczysz", cz. 11 - rodzicielstwo, vol. 2.

Superwoman in da making
Dobra, miejmy to już za sobą ;)
Wiedza jaką daje pierwsza ciąża i pierwsze dziecko jest kluczowa - jednym pozwala zdecydować się na rodzicielstwo ponownie, w nadziei, że z każdym kolejnym młodym zdobywa się coraz więcej wiedzy tajemnej a innych utwierdza w poczuciu, że na jednym należy skończyć. Czasem bywa i tak, że los decyduje za nas. 
W momencie kiedy pierwsze dziecko jest głęboko niepełnosprawne (tylko tą sytuację znam i mogę opisywać) to decyzja o drugim jest trochę jak skok z klifu. Pełne złudzeń i różowych wizji macierzyństwo ma się już bezwzględnie za sobą, za to nowych  lęków, obaw i niepewności - całą masę. Głównym i najważniejszym pytaniem jest - czy będzie zdrowe? I czy w ogóle będzie? A jeżeli tak to pojawia się cała lawina kolejnych znaków zapytania, które przez długi czas muszą pozostać bez odpowiedzi. Jak  poradzić sobie będąc w ciąży i dźwigając kilkulatkę, jak jeździć na reha, jak prowadzić tą drugą (obciążoną już) ciążę, na jakie badania się decydować i jak w tym wszystkim nie zwariować. Dziś o mojej Mniejszej. Czyli o nadziei.
  
 Natalia

W tej decyzji niewiele było kalkulacji, bezwzględnych procentów ani oceny ryzyka. Istotą całego "przedsięwzięcia" było natomiast ogromne i motywujące pragnienie - marzenie o zdrowym dziecku. Siła o mocy mogącej stawić czoło wszystkim lękom i niepewności.

Wtedy pewnie nie umiałam całej swojej sytuacji tak psychologicznie przeanalizować, nie miałam perspektywy, którą mam teraz, jednak czułam, że zdrowe dziecko da mi nadzieję i siłę do życia. Desperacko jej w tamtym okresie potrzebowałam, również dla Blanki i jej retta. Bo prawda jest taka, że zanim dane mi było poczuć czym jest zwyczajne macierzyństwo, żyłam głównie bólem i stratą, ślizgając się po powierzchni oceanu smutku i depresji, który w każdej chwili mógł mnie pochłonąć. Choć uśmiechnięta byłam zawsze i mało kto nie dał się na ten mój udawany optymizm nabrać. „Pani taka pozytywna, radosna, zaradna!. Tak, tak… A w środku - zgliszcza. Ból, samotność, rozpacz i rozczarowanie. Na to leki nie pomogą, one mogą pomóc tylko przez pewien czas i rzucą koło ratunkowe jak już toniesz. Wyciągną na brzeg życia, na którym, okazuje się, wciąż jest tak samo. Na to mógł mi pomóc tylko nowy sens i nadzieja, i tak się stało, że musiał przyjść z zewnątrz. I przyszedł; wraz z moją wymarzoną i tak bardzo zwyczajną córeczką Natalią.

Pomysł powiększenia naszej rodziny nie spotkał się z jakimś wielkim aplauzem. Genetyk Blanki wywracał oczami i stukał się w czoło. Pamiętam, jak zamykałam drzwi jego gabinetu z kartką z diagnozą Blanki, pełna buntowniczego uczucia, że nie pozwolę mu decydować o tym czy zawalczymy o zdrowe dziecko jeszcze raz czy nie. Z rodziną wcale nie było łatwiej. Moja mama jak usłyszała po raz drugi „mamo, jestem w ciąży” zrobiła się szaro-zielona na twarzy i nawet nie potrafiła ukryć przerażenia, ale też chyba niezadowolenia. Rozumiem ją. Od początku zdawałam sobie sprawę, że to nie będzie piękna i pluszowa ciąża jak z B., bo wszyscy z powodu jej choroby bardzo się zmieniliśmy. Rett niestety modyfikuje postrzeganie świata bardzo mocno. Wiedziałam, że muszę sama w sobie wygenerować tę moc, żeby po pierwsze – donosić drugą ciążę do końca, mimo koszmarnie trudnej sytuacji z B. (najcięższy okres jeśli chodzi o epilepsję), i po drugie – żeby uniknąć wszelkich porównań z poprzednich ciążowych doświadczeń. Musiałam wypracować nowe metody na przetrwanie.  Przez całe 9 miesięcy robiłam wszystko inaczej niż w ciąży z B. i to był mój sposób, żeby jak najwięcej było NIE-TAK-JAK-Z-B. (czyli tak w samej istocie – byleby nie skończyło się znów rettem). Wymiotowałam więcej (to akurat przyszło jakoś naturalnie), przytyłam mniej, wyglądałam lepiej, miałam długie włosy a nie krótkie jak z B., jadłam zgniłe sery, których unikałam w pierwszej ciąży, ćwiczyłam a nie leżałam, i tak dalej.Wszystko to było z punktu widzenia genetyki absurdalne i miało zerowy wpływ na rzeczywistość ale takie właśnie działanie pomagało mi trzymać się w pionie i myśleć względnie pozytywnie. Robiłam też zdecydowanie więcej rzeczy tak jak chciałam a nie tak jak "się robi" czy trzeba. Urodziłam Natalkę na swoich zasadach, karmiłam tylko piersią, kupiłam totalnie zdelowany wózek (tak inny od mercedesa B.) a nawet inaczej wprowadzałam im nowe produkty do diety. Tak moja głowa i serce radziła sobie z obawą, że Rett może sobie o nas przypomnieć po raz drugi. I było to naprawdę ogromne wyzwanie.

Zdecydowaliśmy, że z badań prenatalnych robimy tylko te nieinwazyjne. Nie mogliśmy mieć genetycznego badania celowanego u płodu, bo u Blanki nie mieliśmy określonej mutacji, którą można by zbadać u drugiego dziecka. Uznaliśmy, że jeżeli ciąża "wygląda" prawidłowo; na tyle na ile dobre USG i wprawne oko ginekologa mogą to poświadczyć, to nie szukamy dalej i liczymy, że tym razem wszystko będzie dobrze. Natalia urodziła się szczęśliwie latem 2014 roku.

Gdy miała 4 miesiące, ówczesna neurolog Blanki zaproponowała „zbadajmy jej amoniak, tak dla spokoju” (wysoki poziom amoniaku jest bardzo częsty u dziewczynek z Rettem). Ok, co nam szkodzi. Wszyscy wiedzą, że Rett w jednej rodzinie się nie pojawia drugi raz, bo to mutacja de novo (czyli występująca spontanicznie, z nieznanych przyczyn), więc znalazłam laboratorium, które takiemu maluchowi pobierze krew, by wysłać ją do Wrocławia i tam zbadać poziom. Krew pobrano, próbka pojechała a ja sobie żyłam niczego nie świadoma, rozkochując się pomału w tej maleńkiej N.

Byłam z mamą i dziewczynkami na spacerze, gdy zadzwonił telefon. „x razy przekroczona norma amoniaku, proszę natychmiast jechać z dzieckiem do Wrocławia, powtórzyć badanie”. Jak przez mgłę słyszałam głos w słuchawce, który dodaje: „A czy dziecko jest w ogóle przytomne?” Nie wiem, bo ja już nie byłam. Pamiętam miejsce w którym stałyśmy, mama płakała, ja chyba byłam w zbyt wielkim szoku nawet na łzy. Czułam jakbym umierała, w jednej chwili cofnęłam się do przeszłości i znów tak realne stało się „mamy Retta”. Tego nie byłabym w stanie dźwignąć.

Tydzień, który minął od telefonu z laboratorium do ponownego pobrania krwi na oddziale chorób metabolicznych we Wrocławiu był tygodniem-widmo. Był a jakby go nie było, zresztą tak jak mnie. Zajmowałam się B. (do której poczułam tak ogromny i irracjonalny żal za „zarażenie” siostry) i opiekowałam się N. (na którą w ogóle chyba przestałam patrzeć jak na własne dziecko, bo sam jej widok bolał nie do zniesienia). W końcu nadszedł ten dzień. Pojechaliśmy, pobrali jej krew, poobserwowali a nam kazali przyjechać za kilka godzin po wynik. Dodali jeszcze:  "chyba, że dziecko nagle straci kontakt lub zemdleje” to mamy wracać natychmiast. Staliśmy samochodem w parku, pod drzewem, N. w błogiej nieświadomości spała w foteliku a my nie wymieniliśmy ze sobą ani jednego słowa. Wiedziałam, że A. ma do mnie żal, bo jednak to we mnie było o wiele więcej determinacji, żeby zajść w ciążę drugi raz... Wtedy już nie mogliśmy zrobić nic.  Tylko czekać.

Poszliśmy po wynik na nogach jak z waty. Pielęgniarka widząc, że zaraz oboje zemdlejemy wciągnęła nas do gabinetu i bez żadnych ceregieli krzyknęła „amoniak w normie dla wieku, źle Wam pobrali krew, w złych warunkach przechowywali probówkę, albo zbyt długo ją przewozili”. Nie wiem, co wtedy czułam, bo tego po prostu było za dużo na jednego człowieka. Płakałam ja, rozpłakał się A. i N. Ta najmniejsza raczej z głodu niż z ulgi i radości. Kazano nam powtórzyć badanie za miesiąc (również wyszedł prawidłowo) a ja pomału wracałam do równowagi i walczyłam ze sobą, żeby nie zrobić zadymy w laboratorium, w którym nam pobierano krew za pierwszym razem. Uznałam jednak, że to nic nie zmieni ale brak profesjonalizmu w kwestii prawidłowego pobrania, zabezpieczenia i wysłania próbki krwi naszego dziecka doprowadził nas prawie do zawału. Najważniejsze jednak było to, że N. miała niski amoniak. I przez wiele, wiele kolejnych miesięcy musiałam jak mantrę powtarzać sobie „N. nie ma Retta, N. zdrowa jest zdrowa”. Aż w końcu w to uwierzyłam.

c.d.n.
                                                                                                                                           
                                                                                                  A.


2 komentarze:

  1. ja pierdzielę!! to jest nie do wiary po prostu. Chyba bym zrobiła tak wielką awanturę.... że nie wiem co. Ściskam Cię Agata mocno!!

    OdpowiedzUsuń
  2. No że też akurat na Was musiał ten błąd paść!!!! Piekielny zbieg okoliczności!!

    OdpowiedzUsuń