Długi weekend, uznaliśmy więc, że wyskoczymy za czeską granicę, zobaczyć co tam u sąsiadów od Krecika słychać. Mamy rzut beretem to tym bardziej miło zrobić sobie kilkugodzinną wycieczkę. Kupiliśmy trochę koron i ahoj przygodo!
Blanka zawsze lubiła jeździć i mimo, że kiedyś było organizacyjnie dużo łatwiej to ta radość gdzieś w nas została. Mogło być gorzej, ludzie z niepełnosprawnymi dziećmi też podróżują i dają sobie radę ze wszystkimi aparaturami. Pogoda letnia więc o tyle mniej ciuchów do pakowania, tylko pieluchy, śliniaki, obiad i łyżka i można było ruszać. Przygraniczne czeskie miasteczka są cudne, kojarzą mi się z dzieciństwem, bo często za dziecka w nich bywałam. Nic dziwnego, że chce pokazać choć część też swoim dziewczynom.
Żeby eskapada z B. nie skończyła się dramatem w trzech aktach trzeba dopełnić pewnych obowiązków a przede wszystkim przyłożyć się do planowania. Należy ogarnąć logistycznie zarówno godziny wyjazdu jak i posiłku, miejsca na przewinięcie (co wbrew pozorom z dzieckiem większym niż 130 wzrostu jest wyzwaniem), trasy (bo wózkiem też nie wszędzie się da), chwili na odpoczynek czy podanie picia albo leków. Są dwa główne czynniki, które powodują, że wycieczka się uda i wszyscy będą hepi: 1. B. ma humor, 2. B. nie zrobi po drodze kupy. Jak te 1. i 2. są spełnione to hulaj dusza; piękne wąskie uliczki, kamieniczki, czeski obiad, spacer nad brzegiem rzeki, krecik w sklepie zabawkowym i język, który bezgranicznie śmieszy Mniejszą. W Polsce to samo, pewne zasady i można jechać w kraj nad Wisłą.
Od zawsze lubiliśmy się szwędać, mój ojciec i matka lubili, my z A. też bardzo lubimy. Byleby dalej od domu i móc złapać perspektywę, tak fajnie się wieczorem wraca... Rett nam trochę pokrzyżował to zwyczajne hobby ale mimo wszystko staramy się zabrać gdzieś dzieci choć raz na czas.
***
2.
Długi weekend, uznaliśmy więc, że wyskoczymy za czeską granicę, zobaczyć co tam u sąsiadów od Krecika słychać. Mamy rzut beretem to tym bardziej miło zrobić kilkugodzinną wycieczkę. Kupiliśmy trochę korony i ahoj przygodo!
Każdy rodzic wie jak się pakuje dzieciaka na wycieczkę ale z B. bierze się cały samochód wszystkiego i wygląda jak cygański tabor. Pieluchy (co najmniej 3-4, kiedyś wzięliśmy dwie, jedna się przelała, druga przedarła przy ubieraniu i można się domyślić co było dalej), chustki pod szyję do plucia, bluzkę i spodnie na zmianę (spróbuj nie wziąć a będą bezwzględnie potrzebne), wlewkę na napad, kocyk, rogala na szyję jak trasa dłuższa no i wszystkie akcesoria do pojenia i karmienia. Butelkę z dziubkiem, wodę, wrzątek (jeżeli wypad zaczepi o kolację), kaszę (do leków), łyżkę (ileż to razy się pojechało z samym jogurtem czy serkiem i nie było jak podać bez dużej łyżki stołowej, bo małą od kawy się nie da...), śliniak i ze dwie pieluchy tetrowe do wytarcia buzi, chusteczki nawilżane i chyba to już wszystko. No i bluzę, coś do puszczania muzyki w razie jakby Pannę opanował zły humor, ewentualnie folię na wózek w razie deszczu. I już.
Naprawdę niewiele trzeba, żeby eskapada z B. skończyła się dramatem w trzech aktach. Godziny - to najważniejsze, żaden spontan, żadne "szczęśliwi czasu nie liczą". Najlepiej wyjechać pomiędzy głównymi posiłkami, po śniadaniu a przed obiadem, albo zaraz po obiedzie. To wychodzi ok 3 godzin więc wiele się nie poszaleje i jeżeli chcemy pobyć dłużej to bierzemy obiad i cały sprzęt ze sobą. Samo karmienie B. w miejscu publicznym już jest prawie niemożliwe a głównym powodem jest tu ona sama. Nie może się skupić, czy czuje, że jest inaczej, po prostu robi z obiadu masakrę i jedzenie jest wszędzie. Od jakiegoś czasu wybieramy karmienie w aucie albo gdziekolwiek z dala od ludzi ale i tak bardzo sporadycznie uda się, że zje bez nerwów chociaż pół tego co powinna. No i muszę karmić ja, A. powiedział po którejś akcji plucia-wymiotowania-wrzasku w McDonaldzie, że póki żyw córki poza domem nigdzie i niczym nie nakarmi i tego się od wtedy bezwzględnie trzyma. Druga rzecz - przewijanie w podróży. No co 2-3 godziny trzeba to zrobić, tylko jak. B. już nie postoi, bo kiedyś udawało nam się we dwóch zrobić czary-mary na stojaka. Albo gdy była mniejsza to rozkładaliśmy bagażnik i był przewijak. W toaletach na stacjach benzynowych nikt nie pomyślał, że są osoby niepełnosprawne, które albo z przystosowanego nawet kibla spadną, albo już nie zmieszczą się na niemowlęcy przewijak. Gdy ciepło - rozkładamy koc gdzieś w lesie, jak zimniej to męczymy się w aucie i wtedy jest twister - lewa noga na suficie, prawa ręka za plecami, a prawą nogą w zęby. Mamy takie powiedzenie - dopóki nie zrobiła kupy, karawana z wesołą wycieczką jedzie dalej. No jak zrobiła to jest źle. Bardzo, bardzo źle, pomińmy milczeniem.
Lubimy małe, klimatyczne mieścinki, a w takich miasteczka są co? Małe, wąskie i romantyczne uliczki. Za wąskie. Z setką krawężników, schodów i kocich łbów. I często idę ja z Mniejszą za rękę a za nami zapycha wózek z B. jej tato, z którego ruchu warg można przeczytać jedną wielką i soczystą mowę nienawiści. I klasyk "no, tędy nie przejedziemy".
Tu dochodzimy do sedna i punktu zwrotnego, w którym z każdego przyjemnego rodzinnego wypadu może zrobić się piekło. B. zaplanowała sobie dzień inaczej, B. nie miała jednak chęci jechać i B. jest wkurwiona. A jak B. jest wkurwiona to, uwierzcie mi, nie będzie bawił się dobrze nikt. Zła B. nie jest sobą a ostatnio jest taka bardzo często. I wtedy utrudni dokładnie wszystko co przy niej zrobić trzeba, przewijanie, karmienie, powożenie karocą i nawet samą podróż. Będzie zgrzytać zębami aż jej matce zlasuje się mózg, kopać nogą w fotel kierowcy aż ten się zatrzyma i poprosi by wysiadła. A jak jest bardzo źle i nie spodoba jej się muzyka lecąca z radia (która przecież ogórkiem w zielonym garniturku nie jest) to będzie sapać, stękać i drzeć się aż się radio wyłączy.
Od zawsze lubiliśmy się szwędać, ojciec, dziadek, matka i babka lubili, lubimy i my. Choć coraz mniej. Rett woli być w domu.
***
Tak oto mamy dwie wersje tego samego wydarzenia i zależnie od mojego, a zwłaszcza B. humoru zależy czy spełni się wizja "1" czy wizja "2". Przyznam, że coraz częściej ta druga.
Potrzebuję wakacji... Czyli szkoły, fizjoterapii, rehabilitacji, zajęć dodatkowych i szeroko pojętego bez-dziecia.
A.
Grafika: vectorstock.com

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz