czwartek, 1 września 2022

Gdy słów nie ma...

Czekałam aż te słowa przypłyną. Najpierw liczyłam na takie, które  oddadzą choć częściowo to co chcę napisać a potem chociaż na jakiekolwiek... Ale nie, nie ma ani dobrych ani trafnych słów. Nie ma słów gdy umiera dziecko, nie ma ich także gdy umiera dziecko ciężko chore, dziecko to dziecko. Napiszę więc tyle ile umiem i mogę, bo tak bardzo tego potrzebuję.
Kilka dni temu zmarł Blanki kolega. W jej wieku, z jej szkoły, z jednej z naszych grup rewalidacyjnych. Nasz, nie da się pomyśleć i poczuć inaczej. 
Nie da się też nie zauważyć, że śmierć nie jest gdzieś daleko stąd, wśród dziadków grających w karty w domach starców, albo suchuteńkich babć, które jak śpią już wyglądają jak martwe. Śmierć może w każdy wtorek czy sobotę wyciągnąć rękę po dzieciaka i powiedzieć "no to chodź"... Jeżeli przyszedł czas to pójdzie. I bez względu na to jak mocno było niepełnosprawne, zawsze będzie za wcześnie.
 
Gdy umiera dziecko niepełnosprawne słyszy się czasem "ale i tak było chore" albo "w końcu już nie cierpi". Szczerze? Znam masę dzieci i młodzieży niepełnosprawnej, która jest szczęśliwsza niż my - młodzi, zdrowi, zdolni i silni. I kompletnie nie umiejący się cieszyć z tego co mamy. 
 
Gdy umiera dziecko niepełnosprawne, umiera pół organizmu,w dodatku to pół, które nadaje tempo. Drugie pół, które stanowi matka, ojciec albo oboje - zostaje samo.  Żyjąc latami w symbiozie, robiąc wszystko razem, przeobrażamy się w jeden byt. Psychicznie, fizycznie, finansowo, wszelako. I z dnia na dzień dzieje się tak jakby naszego bliźniaka syjamskiego połączonego żyłami, tętnicami, nerwami i wszystkim innym ktoś nam odrąbał siekierą. To wszystko piszę z perspektywy teoretyka. Jeszcze mogę teoretyzować.
 
Nikt nie jest gotowy na śmierć swojego dziecka, niepełnosprawność nic tu nie zmienia. Nie boli mniej, nie jest łatwiej, nic nie jawi się jako bardziej oczywiste.
Wielu z nas prędzej czy później zada sobie pytanie "jaki jest sens w tej śmierci?". Odpowiedzi jakoś brak... Im dłużej żyję z chorobą mojego dziecka tym jaśniej widzę natomiast jaki jest sens w życiu. B. potrafi dobitnie jak mało kto pokazać co jest w tym wszystkim najważniejsze... Z B. białe jest białe a czarne - czarne. Gdyby nie ona nigdy pewnie nie dowiedziałabym się na ile mnie stać, gdzie są moje granice cierpliwości i wytrzymałości ani jak czerpać z tego co mam. Że w poczuciu beznadziei też jest sens, że z rozpaczy zawsze rodzi się światło. Ona jest moim mistrzem zen, to ona, a nie nikt inny, nauczyła i wciąż uczy mnie najwięcej.
 
Nauczyciel moich znajomych po 14 latach musiał odejść, tak zdecydowała góra. Nie jestem w stanie objąć ani sercem ani rozumem bólu jaki czują, ale jedno wiem na pewno. Nie zapomnimy.
Będziemy pamiętać. Odpoczywaj tam, K., jeździj na rowerze i rób numery  jak na 14-latka przystało. Wolny jak ptak...
 
                                                                                                A.  

Grafika: tapeciarnia.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz