Ile
powstało żartów i anegdot o pmsie, tylu mężczyznom, którzy je wymyślili
należy się wpierdol. Tak już się utarło, że każdy nastrój kobiety
wrzucamy do wora "jazdy TYCH DNI" i wciąż nie umiemy o normalnych
rzeczach (czyli o tematach około-menstruacyjnych) mówić normalnie.
Podśmiechujki, poł-uśmieszki, głupie komentarze i niestosowne docinki
nadal są w ogólnym użyciu. Ale nie o uprzedzeniach, seksistowskich
żartach i braku zrozumienia kobiecości chciałam dziś napisać, a raczej o
tym ile TE dni przynoszą nam wyzwań w odniesieniu do mojej córki z
głęboką niepełnosprawnością. A z kolei, żeby napisać o Niej, muszę
zacząć od siebie.
Jestem z tych wrażliwszych a to wiąże się z faktem, że
przed okresem jest mi ze sobą jeszcze trudniej niż zwykle. I to był duży eufemizm, bo
mówiąc wprost od wielu lat okres przed miesiączką jest dla mnie niezłym
piekiełkiem. Zjazd depresyjny, regularne stany lękowe, totalna rozjebka
emocjonalna, brak poczucia sensu i stabilizacji plus jakieś pomniejsze
symptomy cielesne stały się już moją klasyką czasu przed-miesiączkowego.
Tonący brzytwy się chwyta więc szuka a internety wszem i wobec radzą:
podejdź do sprawy pozytywnie! Grunt to dobre
nastawienie! Otul się kocykiem, zrób sobie dobrze, kup lakier do
paznokci albo kolejną książkę i przeżyj ten czas jak najlepiej. Bóg mi
świadkiem, że na prawdziwy pms to działa tak jak uśmiech na depresję,
czyli nijak... Zwłaszcza rada o pozytywnym myśleniu podczas gdy całą
kwintesencją
pmsa jest myślenie negatywne. Tego się nie wywróci z lewej strony na
prawą tak jak brudnej skarpety, cyk! i już jest czysta. Niestety tak to
nie działa, bo jakby działało to miliony kobiet na świecie nie musiałyby
co miesiąc rozważać rozszerzonego samobójstwa albo wybicia połowy
miasta wałkiem do ciasta. Ale coś zrobić trzeba, zwłaszcza w momencie,
kiedy się czuje, że ta ja z pierwszej połowy cyklu to kompletnie inna
osoba niż ta z drugiej.
Moja
walka z pmsem trwa od lat i dopiero
skumulowane siły wielu metod szczęśliwie spowodowały to, że sama myśl o
okresie przed
okresem nie doprowadza mnie do histerii i rozpaczy.
Zrobiłam i robię dla siebie w tej delikatnej materii ile mogę, od
ćwiczeń (teraz od
7 miesięcy delikatna joga), przez ćwiczenia oddechowe, spacery, rower,
basen, suplementy, na okresowym braniu antydepresantów kończąc. Raz
jest lepiej, raz gorzej ale generalnie od dłuższego czasu mam objawy
przedmiesiączkowe pod względną kontrolą. I tu dochodzimy do sedna sprawy
i panny, o której miałam pisać i która nie ma tego co mam ja, czyli
pełnej świadomości i możliwość szukania rozwiązań... Objawy ma jak każda
inna kobieta, przy czym żadnych szans na pomoc sobie samej albo nawet
powiedzenia
mi jak to zrobić.
Mordujemy
się z B. z tymi pms-owymi historiami od kilku ładnych lat i przysięgam,
że są to co miesiąc dni
ekstremalnie trudne. Męczące dla całej rodziny i ciężkie do
zaakceptowania. U zdrowej kobiety można uznać te
męki za ceną, którą musi zapłacić za bycie matką i kochanką podczas gdy
u dziewczyny, która zgarnia sam łomot a nigdy nie będzie miała szans
"skorzystać" z tej kobiecości to jest naprawdę frustrujące. W dodatku
szans
na pomoc jej jest niewiele. Można podać leki przeciwbólowe, rozkurczowe
ale za każdym razem coś mi mówi, że nie tu jest krwawy pies pogrzebany.
Ją boli nie sama mała i wkurzona macica tylko całe rett-życie dopieka
jak nigdy. Widzę jaka jest rozdrażniona i zagubiona. Podejrzewam, że jak
każda kobieta widzi
wtedy na czarno, plus to co funduje jej rett musi dawać do mózgu
mieszankę rozpaczy skłonną pokonać każdego. A technicznie jak to
wygląda? B. tydzień a nawet ok. 10 dni przed staje się nerwowa, zwiększa
się liczba napadów padaczkowych. Dużo
gorzej śpi, dyszy, stęka, hiperwentyluje się, strasznie zgrzyta zębami.
Każda
czynność przy niej jest dużo trudniejsza, nawet samo przewinięcie.
Jeżeli obrywam od niej z nogi to zwykle w te właśnie dni.
Wtedy też następuje bunt, który najokazalej objawia się przy karmieniu i
pojeniu. "Nie" jest bardzo stanowcze i zawsze poparte wzrokiem "no i
spróbuj mnie zmusić". Popłakiwanie, rozkręcony płacz i przeciągłe
zawodzenie (nazywane u nas wyciem do księżyca) są naprawdę wyzwaniem. Na
to nie pomaga nic, wilk musi co miesiąc powyć swoje.
Generalnie B. jest wtedy zła jak osa, niespokojna, drażliwa,
rozdygotana. Są miesiące, że jest naprawdę nieźle, mniej wprawne oko
nawet by się nie połapało, a są takie, że modlę się do matki ziemi o
krwawą rzekę dla tego dziecka, bo jak już popłynie to wszystko staje się
łatwiejsze.
Mi samej też jest z tym trudno, czuję dużą bezsilność. Bo weź tu jej wytłumacz
dlaczego tak się czuje, czemu boli, męczy i wkurwia. Po co to jest. Dlaczego rett zabrał jej
umiejętność mówienia, chodu, jedzenia i jakiejkolwiek samodzielności, a
tego (kurwa!) zabrać nie mógł. Jak ukoić ten żal i ból gdy odpycha, kopie i
szaleje ze wściekłości? Pewnie fani medycyny powiedzą, że są na to
jakieś leki, hormonalne, ziołowe, psychiatryczne. Na pewno są, niektóre
znam z autopsji. Ale uwierzcie, przy tylu substancjach, które B. musi
brać stale nie dorzucę jej już ani jednej więcej. Po prostu jej brzuch i
głowa tego nie wytrzymają.
Także
dzielnie znoszę od kilku dni niewerbalne obelgi pod swoim adresem,
przyjmuję kopniaki i budzę się w nocy, żeby co godzinę czy dwie nakrywać to szalejące ciało. I
wysyłam modły do nieba, żeby red river już popłynęła.
A.
Grafika: www.health.com

No a jak się Wam nałoży, to musi być mega impreza!! Współczuję bardzo!! (kolorki, ciągle niezalogowana).
OdpowiedzUsuń