Może to nie będzie tylko opowieść o jamniku, po którym zrobiła się pusta i paląca jak ogień dziura... A może będzie, zobaczymy, na ile uda mi się rozciąganie psiej prawdy na prawdy ogólnoludzkie. Mela umarła i znów okazało się, że to co mówię w emocjach nie ma zastosowania, gdy te emocje mijają, zmieniają się okoliczności i realia. Wszystkim mówiłam "żadnego więcej psa w tym domu!" ale mówiłam tak jak jeszcze była, zwłaszcza jak była młoda i psuła mi nerw za nerwem swoim jamnikowatym uporem i melowatą bezkompromisowością. Ale potem jak jej już nie było, wyszło jak zwykle. Make some noise for Oli.
Wielu z nas wie jak to jest gdy odchodzi ktoś bliski, zwłaszcza ten, który walczy do ostatniej żywej komórki i niczego nie odda śmierci walkoverem. To trwa, boli, wycieńcza... Jest się w odchodzeniu razem, mimo, że fizycznie cierpi niby tylko ten jeden. Ostatnie tygodnie życia mojej jamnicy były dużym wyzwaniem. Pielęgnowanie jej na tej ostatniej ziemskiej prostej, zapewnienie komfortu już tak bardzo zmęczonemu ciałku, przy jednoczesnej opiece nad rettką i co bardzo ważne - ogarnięcie emocji Mniejszej (bo to było jej pierwsze uczestniczenie w odchodzeniu kogoś bliskiego, nie boję się tak powiedzieć o psie) dało mi dużą szkołę. I tłukące się w głowie pytanie "czy to już, czy trzeba poprosić weta o skrócenie tego cierpienia?" Sama musiałam znać odpowiedź. Przyszedł w końcu ten dzień, kiedy z ogromnie ciężkim sercem zadzwoniłam, bo poczułam, że już muszę. Że czas się żegnać, po 16 i pół roku. Byliśmy umówieni na 15.00, mieliśmy ponad trzy godziny na pożegnanie... O 13.00 Mela uwolniła mnie od ciężaru tej decyzji i sama pobiegła za tęczowy most. Zapiszczała ten ostatni raz i nastąpiła głucha cisza. Dopóki ktoś jest dopóty nie zdajemy sobie sprawy z tego ile zajmuje miejsca w codzienności. W domu, na podłodze, w sercu, w dźwiękach, w zapachach, we wspomnieniach, na kolanach, w filmikach na telefonie i w nas samych. Nasz pies gasł długo, stopniowo wycofywał się z kolejnych rodzinnych aktywności. Ale jednak był, zawsze gdzieś był. I nagle jej zabrakło. Byłam święcie przekonana, że zniosę to lepiej i że stan niebycia rudej wredoty przyjmę z większą akceptacją. Albo, że jakoś nawyknę. Czy chociaż sama sobie przetłumaczę, że ona już odpoczywa i, że po psie dziura energetyczna nie może być aż tak doskwierająca. A jednak. Wytrzymałam 5 tygodni, podczas których każdy kolejny dzień pokazywał coraz bardziej jasno, że ta dziura przy podłodze i na kanapie i na tarasie i wszędzie indziej jest nie do zniesienia. Wiedziałam z czym wiąże się "manie" szczeniaka i sama z zaskoczeniem usłyszałam siebie jak mówię "jedziemy po jamnika". Z wami czy bez, bo w głosowaniu zawsze mam dwa głosy, swój i B. oraz ostatnie zdanie (główny organ wykonawczy musi mieć pewne przywileje). Pojechaliśmy, przywieźliśmy. Znowu mam psa. A nawet jakby dwa; rudą, która jest duszkiem ale nadal gdzieś tu krąży i czarnego, który właśnie gryzie mi kapcia. Nie dało się inaczej, story of my life.
Wracając do mojej niekonsekwencji, którą niejeden bliski i dalszy mi nieraz wypominał. Tak to ze mną jest, co poradzisz. Po recie mówiłam, że nie urodzę już nigdy i mam drugą, zdrową jak rydz. Mówiłam też, że nigdy więcej psa i mam drugiego. Ba! Mówiłam, że za nic kolejnego jamnika i mam jamnika. Ale do czego zmierzam. Na obecny stan mojej wiedzy mówię, że nie przeżyłabym ani minuty bez B. Daj Boże, jeszcze ten jeden raz znów zmieniłabym zdanie i postarała się wbrew prognozom przeżyć... Wszystkie w zasadzie kwestie dotyczące bycia, niebycia, życia, śmierci, odchodzenia, zabierania, kończenia się i zaczynania zawsze w mojej głowie sprowadzają się do jednego, do największego z moich lęków. Który bardzo konsekwentnie (!) staram się codziennie w sobie usypiać i któremu nie pozwalam odbierać radości z tego, że jesteśmy nadal wszyscy razem.
"Niebezpiecznie, jest myśleć, że coś trwa wiecznie" (S. Polak, "Otwieram wino"). Bo nic nie trwa wiecznie. Wbijam do głowy jak mantrę: "teraz, teraz, teraz". W TERAZ jest największa siła. Teraz będę kąpać B. i śpiewać przy nakładaniu odżywki na włosy jak wariatka ku jej radości, że matka znów odwala szopki i teraz najmniejszy gówniarz w rodzinie wygryza korzenie z mojego ulubionego kwiatka. Teraz jest dobrze.
A.

Przyjmijcie wyrazy współczucia. To wielkie szczęście mieć w domu kochającego przyjaciela, choć wielkim bólem trzeba za to niekiedy zapłacić.
OdpowiedzUsuń