czwartek, 16 maja 2024

O jasnej i ciemnej stronie mocy matki (i) natury.

To co chcę dziś napisać jest nie dość, że kontrowersyjne, bo taki mamy kraj i klimat, to jeszcze bolesne dla mnie osobiście.  Bolesne ale też oczyszczające, gdyż pomogło mi zrozumieć, że są pewne  niezależne ode mnie mechanizmy i uwolnić się choć trochę od poczucia winy. A to bardzo lubi grać pierwsze skrzypce we wszystkich macierzyńskich historiach.  Zaczynajmy, niech słowa niosą, może uda mi się przekazać to co sobie zamierzyłam. 

Był taki dzień, w którym wylądowaliśmy w Centrum Zdrowia Dziecka, "wydział" - choroby metaboliczne i lekarz, który zapisał się na kartach naszej historii jako naprawdę duże pierdolnięcie. On sam w sobie był jakiś taki nijaki, nie zapamiętałam nic oprócz tego co powiedział. "Nic z niej nie będzie, jeszcze będziecie mieli zdrowe dziecko". 
Z tego zdania zapamiętałam każdy wyraz. Pamiętam też totalnie rozwaloną siebie opuszczającą  gabinet w trybie pilnym z oplutą B. pod pachą i A., który nie odzywał się chyba z tydzień. I to uczucie jakbyśmy wszyscy dostali obuchem w łeb. Psychologicznie było to, powiedzmy sobie - słabe, i na tamten moment nie miałam ani odrobiny pomysłu, czy może istnieć interpretacja i punkt widzenia, z którego to zdanie mogłoby się jakkolwiek obronić. Ostatni tydzień przyniósł jednak zupełnie nową perspektywę, która to bolesne wspomnienie odarła trochę z lekko zakurzonego już dramatyzmu. Przyszła ona z artykułem w "Zwierciadle" pt. "Zajęcie wysokiego ryzyka" Marty Niedźwiedzkiej, który był dla mnie jak objawienie. Wszystko jakby zaczęło układać mi się w logiczną całość. 

Dopingowani przez rozwój, nowoczesność i najwyższą pozycję na drabinie stworzeń świata wypieramy fakt, że jesteśmy zwierzętami. Że nasze mózgi zostały zaprogramowane miliony lat temu i mimo tego jak jesteśmy rozwojowo wyspecjalizowani, mamy w sobie nadal coś pierwotnego, w odniesieniu do macierzyństwa również. Autorka artykułu i podcastu ("Jasna matka i ciemna matka" - O Zmierzchu) przywołuje koncept jasnej i ciemnej matki. W naszym pięknym kraju nad Wisłą doprowadziliśmy figurę Matki Polki do absolutnej jasności i nieskazitelności, która nie ma nawet pryszcza na nosie, cała jest miłością, dobrem i akceptacją i bycia jej godną kopią oczekuje się od nas - innych matek podrzędnych. Ba, same tego od siebie oczekujemy. Ale jak to w życiu bywa, każdy awers ma swój rewers, każda matka jasności ma swoją matkę mroku. I one dwie, jako pełnoprawne strony tej samej monety żyją w nas i z nimi dwoma musimy nauczyć się funkcjonować, żeby wypracować swój macierzyński złoty środek, nie zwariować i żeby bombelki były zadowolone wystarczająco jasną matką. 

Ta ciemniejsza strona macierzyństwa w dzisiejszych czasach materializuje się pewnie też jako patola różnej maści, ale w odniesieniu do przeciętnych kobiet, jest panią wszystkich trudnych emocji, które czujemy wobec własnego dziecka, wobec swoich obowiązków i bycia matką generalnie. Czytając i słuchając Pani autorki miałam w głowie obraz widziany dawno temu, jak suczka zagryza jedno ze swoich szczeniąt, to najsłabsze. Dla matki człowieczej - niepojęte. W świecie zwierząt - norma. Bo po co mamy te dzieci? W samej kwintesencji po to, żeby nasz gatunek przetrwał. Każde dziecko, psie, ludzkie, żabie czy ptasie to ogromny wysiłek dla rodzica. Fizyczny, logistyczny, dla człowieka też emocjonalny. W rodzicielstwie w dziecko ładuje się całe tony wszystkiego co się ma, czasem nawet zdecydowanie ponad siły. I teraz tak, zwierzę przecież wie, że ma ograniczone zasoby, bo nic nie jest no limmits, a jej młode mają różną siłę i chęć przetrwania, intuicyjnie zrobi tak, żeby dać z siebie wszystko tym, które rokują przeżycie i przedłużenie gatunku. Proste? Z punktu widzenia psicy proste. Z punktu widzenia człowieka - dramat i brutalny strzał między oczy Matce Polce. Masa badań była robiona na ten temat, nie będę się zagłębiać w szczegóły, ale generalnie chodzi o to, że nadal jesteśmy zwierzętami, które całkiem nieświadomie inwestują więcej w te dzieci, które są silniejsze. Czynienie właśnie tak jest zgodne z naturą. Poza tym, nie stajemy się supermamami, w momencie urodzenia dziecka, nie jesteśmy wolne od trudnych uczuć wobec bombelków. Matka ciemności zawsze gdzieś w nas jest i tym to wszystko jest trudniejsze dla nas - zwykłych kobiet, im mocniejszy kulturowo archetyp Matki Polki, matki idealnej, ucieleśnienia miłości, poświęcenia, dobra i akceptacji. 
Kiedyś przeczytałam takie coś - "każdy z nas jest tyle zajebisty co chujowy" i prostota tych słów bardzo do mnie przemówiła. Jesteśmy tyle Matkami Polkami, co matkami, które latami wyssysane z krwi, sił, emocji i czasu byłyby skłonne zagryźć swoje młode. 99% z nas tego oczywiście nie zrobi, co nie znaczy, że nie mamy prawa tak czuć. 

Teraz wróćmy do doktorka ze stolicy i jego złotych myśli, dzięki którym o mało mój gniew całego tego grajdołu nie zmiótł z powierzchni ziemi. Natura... Rządzi nami bardziej niż by się wydawało. Sama czuję ją o wiele mocniej od kiedy ćwiczę; jogę, oddech, od kiedy zaczęłam słyszeć siebie, rozumieć swoje hormonalne przypływy i odpływy i respektować to co mówi moje ciało. Wyinkubowanie, urodzenie, wykarmienie i wychowanie dziecka to kilkunastoletnia przygoda, która mimo, że piękna i niepowtarzalna, wyczerpie niejedną i niejednego (choć zwłaszcza jednak matki) do granic. Ale potem jest jakaś tam nagroda, dziecko idzie w świat, widzisz je w wiadomościach albo na pasku w tvn, czy w uwadze, i zalewasz się łzami. Widzisz, jak pracuje, odnosi sukcesy, ma swoje dzieci, które go doprowadzają do szaleństwa, albo przeciwnie -  jak życie go czy ją ora i turbuje, jak popełnia błędy, wstaje, doświadcza ale generalnie jest dla świata. Twoja robota odwalona, dla gatunku człowiek +1 (albo 2, 3, zależy ile kto ma  sił i chęci). Jednak co w przypadku dziecka od początku chorego, urodzonego jako niepełnosprawne albo z głęboką niepełnosprawnością nabytą we wczesnym dzieciństwie? Wiesz, że "nie rokuje". Całą sobą czujesz, że każda krztyna Twojej energii i zaangażowania idzie niejako w pustkę, że to jakby inwestycja bezzwrotna i w szerokiej perspektywie - nijak nieopłacalna. Trochę jakby wbrew zdrowemu rozsądkowi matki natury... Nie zrozumcie mnie źle, nie mówimy tu o poziomie emocji, miłości, wyborów, powinności i racji. Mówimy z perspektywy tego kawałka zwierza, którego każdy z nas ma w sobie. Wiesz, że tracisz zdrowie i siły dla kogoś kto ich nigdy i tak nie będzie miał. Kiedyś powiedziałam bliskiej przyjaciółce, że mam wrażenie, że dwie osoby (tzn. ja i A.) oddają wszystko dla tej najsłabszej, która i tak nie będzie nigdy zdrowa i nie będzie funkcjonować sama. Ewolucyjna matematyka mówi "coś tu nie gra". Czytając ten artykuł i słuchając podcastu pomyślałam, że bycie matką dziecka tak chorego jak B. ma w sobie jeszcze jeden ukryty myk. Robi się to niejako wbrew założeniom natury, które ta w nas wdrukowała tysiące czy miliony lat temu. Robi się coś absurdalnego z punktu widzenia przetrwania... To poczucie gdzieś we mnie zawsze było, ale dopiero teraz to zrozumiałam. Że to coś prymitywnego, jednak nie w sensie prostackiego ale - pierwotnego i usankcjonowanego rozwojowo, że czasem we mnie odzywa się głos, który mówi "za duża jest ta cena"... Do tej pory ganiłam się za to, no bo jak można?! Kocham to dziewczę na B. nad życie, uważam, że jest przesłodka, najsilniejsza, wojowniczka i same superlatywy. Zrobiłaby dla niej wszystko. Ale czasem ta ciemna strona mocy szepcze "no bez przesady". Bywa też, i to z czasem coraz częściej, że daję z siebie takie 70-80%, że już pełnego 100 nie mam siły dać. Że jakiś instynkt samozachowawczy każe mi trochę oszczędzić siebie dla siebie. I dla Mniejszej i reszty świata. 

Kupiłam dzieciom pierwsze truskawki, cały rok się na to czeka i nie liczy z kosztami. Obieram do jednej miseczki dla Mniejszej, do drugiej dla B. i widzę, ku swemu przerażeniu, że takie najczerwieńsze i największe lądują w mojej własnej paszczy. Krytyk wewnętrzny już chciał zabrać głos, że jak można, dzieciom się daje te najlepsze! Bombelki pierwsze! Matki dojadają po dzieciach, tak być powinno i basta. Ale uciszyłam to stworzenie, zjadłam ze smakiem i powiedziałam sobie "smacznego". A doktorek? Będzie nadal jednym z tych paskudnych wspomnień w moim życiorysie, ale teraz to widzę jakoś łagodniej... Może mimo braku kultury i empatii był zagorzałym ewolucjonistą, który w jakiś konkretny sposób chciał mi objawić prawdy natury? 
Nie jedzcie najbrzydszych truskawek, drogie Mamy. Niedługo nasze święto, pamiętajcie o obu z tych dwóch mocy, które mamy w sobie. Obie zasługują na najczerwieńszą truskawkę, jaką wymyśliła natura. 

                                                                                                     A. 

Grafika: www.pixabay.com i pinterest.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz