Dobra, miałam to napisać jakoś mądrzej, z błyskotliwym wstępem, ciekawym rozwinięciem i spinającą wszystko puentą, ale są, kuźwa, wakacje i się nie da. Non stop mam na plecach dwie panny, a każda z nich ma miliony swoich spraw i potrzeb, którym trzeba wyjść na przeciw, więc już mi nie starcza procesu myślowego na jakąkolwiek błyskotliwość. Niech te słowa ze mnie wyjdą zatem po prostacku, teraz mogą, bo wtedy kiedy powinny płynąć z ust mych złotych, jak zwykle zemdlały zanim zostały wypowiedziane na głos a to wszystko w imię kultury osobistej i zbyt szeroko pojętej grzeczności. Story of my life.
Sytuacja następująca. Proza życia, nie mamy swojego auta, które wspaniałomyślnie padło dzień przed naszym 4-dniowym urlopem u Cioci i Wujka nad morzem. Trzeba było się ratować, więc mama pożyczyła nam swoje cacko, zwane maluchem (choć nie fiat to gabaryt podobny). Co by nie mówić, te cztery kółka zapewniły nam przygodę na całe 4 dni wyjazdu i otworzyły galerię wspomnień z lat 90-tych pt. "w moim dzieciństwie nad morze jeździło się maluchem". Okazuje się, że w dzieciństwie moich dzieci również można, ale nie czas o tym teraz rozprawiać. Maluch jak to maluch, cudowne auto po mieście jednak niekoniecznie w daleką trasę z rettem, panną z dwoma sztywnymi i niewładnymi nogami i wózkiem. Żadne maluchy nie mają przesuwanych drzwi ani przestworzy miejsca w swoich otulających bliskością wnętrzach. Najważniejsze w sumie, że są, bo priorytetem było, żeby nie stracić szansy na zobaczenie morza a po powrocie nie ugrzęznąć z dziewczynami w domu i to się udało. Kilka dni temu wyjechałyśmy sobie maluchem na zakupy, wózek porozkładany ile się dało żeby się zmieścił, dzieci hepi, ja hepi, ahoj przygodo. Dopiero teraz zrozumiałam jak bardzo cieszyłoby mnie małe, kobiece autko w kolorze pazurków a nie miniwan dostawcy warzywniaka jakim z rettem jeździć trzeba. Wracając, wszystko wszak ma swoje konsekwencje, przyczyna-skutek. I brutalne realia. Drzwi malucha otwierają się niczem rozchylające się nieśmiało usta gotowe do pierwszego pocałunku. Czyli mało ;) B. ma nogi długie jak konik polny, czyli jak ja i jeszcze potrafi je całe zesztywnić na amen. Żeby wyjąć ją z naszego samochodu trzeba krzepy, planowania, solidnego podporu i wypracowanego latami chwytu. Żeby wyjąć ją z malucha trzeba do tego wszystkiego jeszcze cudu. Ale się udaje, wiem, próbowałam, dumna z siebie i babci autka. Było tak - mam na rękach tę B., cały jej ciężar i bezwład a trwa to pewnie jakieś dwie sekundy. Są to niestety sekundy krytyczne, bo potrafi odegrać rolę deski surfingowej tak przekonująco, że przysięgam; Popeye by nie utrzymał. U siebie robię to inaczej, bo ją stawiam między punktem wybicia w progu a posadzeniem (rzutem) na wózek, chwilę B. podtrzymywana postoi. Tu tak się nie da - przez sposób otwierania drzwi, ilość (a w zasadzie niedomiar) miejsca i odległość dupy od podłogi. Więc mam tę B. na rękach w locie i słyszę jakieś gburowate "pomóc?". Macham głową, że nie, bo już jest za późno, niestety od 20 kilo nie mogę stać z nią na rękach i rozmawiać, bo od dawna to jest walka z grawitacją i bezsilnością. Wrzucam ostatkiem sił moją pannę na wózek i słyszę takie fest oburzone "ale nie wolno jej tak rzucać! To trzeba delikatnie!". Najgorsze nie były nawet same słowa a ten oskarżycielsko-oceniający ton... Oburzenie podrasowane politowaniem płynącym z karcących oczu, które patrzyły i wcale nie chciały sobie iść. Jakaś trudna do określenia wyższość. Czułam, żę to była ewidentna przemoc, ale życie nauczyło mnie już, że mimo dużej inteligencji emocjonalnej, nie zawsze interpretuję ludzkie intencje trafnie i zgodnie z faktycznymi. Bywam też nadwrażliwa, poza tym sama niemoc i bezsilność nagle obnażona tak bardzo potrafi zaciemnić realny odbiór sytuacji. Ale była tam przecież Mniejsza, której mina powiedziała mi wszystko. Szarpnęła mnie za rękaw i do ucha powiedziała "mama, szybko idziemy, on jest jakiś dziwny" a potem już w sklepie "to było okropne, a niby chciał Ci pomóc. Wszyscy się na nas patrzyli". Otóż to, dzieciątko, otóż to.
Pomoc ma pomagać, pomoc ma służyć "pomaganemu" a nie załatwiać cokolwiek pomagającemu. Pomoc nigdy ma nie powodować, że ktoś, kogo dotyczy czuje się jak kupa.
I teraz tak. Skłamałabym jakbym stwierdziła, że zdarza mi się to często, bo się zdarza, powiedzmy, okazjonalnie. Ten gardząco-karcący wzrok i święte oburzenie na nasze dziecko albo to, co i jak z nim robimy. Ale wiem od bliskich mi matek dzieci z głęboką niepełnosprawnością, że jak na przykład mają dzieci chodzące, uciekające, krzyczące albo grzebiące sobie przy wszystkich w tyłku, to doświadczają tego typu reakcji na co dzień. I to jest kur.a ból... To jest autentyczna kaplica... I chyba coś takiego bardzo polskiego w najgorszym tego słowa znaczeniu. "No jak można???" Ano można jak trzeba i można jak się nie da inaczej. Pomyślał kto o tym z tej drugiej strony?
B. w większości przypadków siedzi spokojnie w wózku i skupiona klepie sobie radośnie łapkami. Ogląda świat i łowi uśmiechy. Albo coś pod nosem nawija, ale generalnie swoją niepełnosprawnością nie razi jakoś bardzo, no chyba, że akurat publicznie je, pluje, krztusi się i prezentuje jedzeniowy one-man show (tego już unikamy dla dobra B., swego i ogółu). Ale nie wszyscy mają takie szczęście, ładną buzię, spokój w ruchach i praktycznie zerową siłę rażenia wobec innych. Nas czasami się widzi i na nas gapi a czasami udaje, że nas nie ma, różnie to bywa. Tegoroczne wakacje przyniosły kompletną nowość i inny wymiar smaku bywania wśród ludzi, bo nad morze wzięliśmy naszego prawie rocznego jamnika, który swoją radością nie przepuści nikomu. Coś w tym kundlu jest, że ludzie nie pozostają mu obojętni, albo się z niego śmieją, że parówka, zjarana parówka (ta poprzednia była tylko podpieczona, ta obecna jest rzeczywiście zwęglona, bo całkiem czarna) albo się śmieją do niego. Podchodzą, głaszczą, całują. I tym oto sposobem B. i jej rett rozmywają się w tu i teraz, a wszystkie oczy kierują się na uradowanego życiem czworonoga. Nawet moja mama to zauważyła, że i nam łatwiej, bo nie widzimy tych dziwnych spojrzeń i im, bo mogą się gapić bezpiecznie na psa i nie musieć kombinować czy i jak zwracać uwagę na tą dużą pannę w wózku.
Ale wracając do wątku głównego, ile ludzi tyle niepełnosprawności i oczywistym jest, że są takie, które w tym naszym polskim świecie aż się proszą o "no jak można???" Jak czują się wtedy te matki? Jeżeli ja po jednorazowej akcji poczułam się jak debilka, która nie umie nawet posadzić na wózku swojego dziecka? Nie umie zrobić tego jak trzeba...
Drogi panie spod sklepu wielkopowierzchniowego o francusko-brzmiącej nazwie, który nie dość, że tego nie przeczytasz, to wątpię żebyś pomyślał, że po drugiej stronie pańskich oczu jest też czujący człowiek. W imieniu swoim i matek, które narażone są na taki rodzaj "pomocy", muszę te parę zdań dla własnego dobra z siebie wyrzucić. W niuanse to my się mogłyśmy bawić jak dzieci były małe, wtedy można kminić jak tu posadzić małą dupinkę na podusi wózeczka i jeszcze samej przy tym wyglądać uwodzicielsko, wygiąć kibić w uprzejmy dla oka łuk i na koniec się do dziecięcia i publiczności uśmiechnąć. To było kiedyś i nieprawda, bo teraz jest walka a na wojnie się w konwenanse nie bawi. Robi się wszystko, żeby się udało i żeby przetrwać. Pewnych rzeczy nie da się zrobić inaczej, bo i tak od lat robimy je ponad siły i nic tu jeden miły bądź mniej miły pan nie wniesie (bo my dziecko wniesiemy tego dnia jeszcze razy dwadzieścia i to zapewne w tym samym, budzącym sprzeciw, stylu). Jeżeli robimy coś jak robimy, to znaczy, że inaczej się zwyczajnie nie da. Milion rzeczy należałoby w ocenie (skoro jest konieczna) wziąć pod uwagę (w tym wypadku drzwi auta, stan B., sztywność jej nóg, ból moich pleców, i wiele innych) albo najlepiej się od niej jednak wstrzymać. I co najważniejsze - pomoc ma być tożsama ze wsparciem a nie oceną. Z życzliwością a nie krytyką. Z empatią a nie zupełnym brakiem zrozumienia.
Jestem A. Rzucam moją ukochaną córkę B. przez biodro na wózek, bo inaczej nie umiem. Kocham ją nad życie, ale to czasem wymaga nadludzkiej siły. A nadludziem nie jestem.
A.
Grafika: memy.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz