wtorek, 12 listopada 2024

Listopadł, eh listopadł...

Czarny PR ma jak żaden inny miesiąc w roku. Wiadomo dlaczego, nikt nie lubi zimna, pluchy, szarówki o 16 i bezwzględnego końca ciepła. Już nie piękna złota jesień, a jeszcze nie psychodeliczny zielono-czerwony i choinką pachnący grudzień. Zawieszenie w szarości, zapach zniczy i wosk na palcach. Śmierć i koniec. Koc i ciepła herbata. Zatrzymanie. Zamyślenie. Konieczność refleksji. Czas w roku, który trzeba przeżyć albo od którego można się odbić jak już to przeżycie się powiedzie. Mało kto lubi w listopadzie osiąść i mu pozwolić zrobić swoje, raczej traktuje się go na przetrwanie. Mnie listopadowy czas zatrzymuje jak w szklanej kuli, tylko nie ma w niej sztucznego śniegu wirującego w płynie wokół choinki a różnokolorowe wspomnienia utopione w szarości coraz krótszego dnia. Zmierzam się. Co roku muszę się zmierzyć. 

Miesiąc w którym urodziłam B. zawsze funduje mi emocjonalny chaos, z którym od lat nie potrafię wygrać. Uznałam więc jakiś czas temu, że  jedynym wyjściem jest pozwolić się temu tajfunowi przeze mnie przewalić. Listopad 2008 roku miał wszystko, emocje na każdą literę alfabetu a każda w najróżniejszych intensywnościach. Ból i strach, siła i przeogromna radość. Ekstaza i rozpacz. Wtedy nie czułam tego w ten sposób, wtedy rodziłam po prostu swoje pierwsze dziecko, pełna nadziei, miłości oraz ekscytacji zaczynałam niezapomnianą przygodę z kształtowaniem świata drugiego człowieka. A człowiek ten był przefantastyczny, lubił żółte i zielone śpiochy, miał słodkie maleńkie paluszki i stópki śmierdzące serem. Był cały zrobiony z miłości, był sensem, przyszłością i celem. Miał najlepszy wózek na jaki nas było stać i wszystko co tylko mogliśmy jej zaoferować, fizycznie i emocjonalnie. Wydawało się, że to wszystko załatwia a przed nami mega przygoda w bycie rodzicami jak u wszystkich innych ludzi świata. Niestety wyszło inaczej. 

Z późniejszej perspektywy, już po diagnozie, zaczęłam widzieć ten czas dużo bardziej dramatycznie. Bywało, że myślałam o sobie "co za kretynka, trzeba było tak się cieszyć?". Co poszło nie tak? Prawie 16 lat temu zaczęła się moja przygoda i z macierzyństwem i z zespołem retta. Do dziś wpadam w dni, w których nie potrafię się pogodzić. 

To, że B. urodziła się razem z rettem zrewidowało wszystko. Nasze życie, małżeństwo, przyszłość, plany, jednak najbardziej zrewidowało i zmieniło nas samych. Czuliśmy, że nie ma jakiejś opcji in the middle. Że możemy albo w to iść na 100% albo odpuścić zupełnie. Pewnie tacy jesteśmy, może też taka jest B., ale bardzo wcześnie połapaliśmy się, że to będzie ogromne wyzwanie a zwykła rettowa codzienność doprowadzi nas do łez jeszcze miliony razy. Bo to nie sama B. jest tym z czym musimy się mierzyć. Ona tak naprawdę i to jaka jest stanowi powód dla którego warto ponieść każdy koszt, wyrwać sobie z trzewi każdego flaka a z głowy ostatni włos. Bo B. jest wyjątkowa. Jak każdy inny i jak nikt na świecie. Codziennie jestem wdzięczna, że dostaliśmy ją właśnie taką, bo gdyby nie była tak urocza i niesamowicie silna to sami byśmy szybko się poddali. 

Wrócił niedawno chłop do domu, umordowany po 10 godzinach pracy w kurzu, hałasie i zimnie. Mniejsza wydarła się, jakoś tak ostatnio lubi, potem trzepnęła drzwiami, bo to modne w jej roczniku i obrażona za Bóg wie co poszła do siebie na górę. Ja miałam całego dnia po samą kokardę, więc jak już ten mój wrócił to usłyszał jak to mam dość tego, tamtego i jeszcze tamtego. Zła również opuściłam pokój, w którym została tylko B. Podszedł do niej a ona od razu zaczęła się cieszyć, zagadywać, kontaktować, opowiadać a po chwili do mych uszu doszło takie trochę zrezygnowane "Ej Lala, Ciebie to najłatwiej jest kochać". I to jest święta prawda. B. to emocjonalny czysty zysk, wyjmiesz ile włożysz, za uśmiech masz w gratisie dwa, za chwilę obecności - stu-procentową uwagę. Za ciepło - ogrom miłości. To jaka jest stanowi nasz power bank, gdy ma się wrażenie, że dalej już nie pojedzie nikt. 

Sweet sixteen za kilka dni, kabrioleta nie dostanie ani imprezy różowej od brokatu i pluszu. Dostanie nas, całość mamy i taty, dużo babci i siostrzyczki, tyle ile tylko możemy Jej dać. Każdego dnia od prawie 16 lat. 

Tyle ile liści zgubią drzewa w tym miesiącu, tyle razy podejmę walkę o Ciebie, za każdym razem jakby od nowa. Zniesiemy razem każdą szarość, ucieszymy się z każdego koloru. Otulimy nadzieją jak kocem a samo to, że jesteśmy razem uznamy za cud. Po każdym listopadzie przychodzi w końcu pełna kwiatów i zieleni wiosna. 
Walcz Mała i uśmiechaj się tak jak tylko Ty potrafisz <3
 

                                                                      mama

P.S. To jest ten czas kiedy pokazujecie, że walka o Blankę to nie tylko nasza sprawa. Dziękujemy każdej osobie, która wpisała w rozliczeniu PIT dane naszej B. Jesteście wielcy!

Grafika: stockcake.com

2 komentarze:

  1. Happy Birthday Blanka!!! Niech listopad rozbłyśnie SZESNASTKĄ, która rozgoni jego naturalną szarość i burość!

    OdpowiedzUsuń