wtorek, 27 czerwca 2023

Ortopedyczny update i parę innych kwestii okołooperacyjnych

Zabierałam się do tego jak do jeża, to znaczy do Blanki stopy, zwłaszcza, że to już drugie podejście. Półtora roku temu robiliśmy Achillesa i umordowaliśmy się zupełnie nieadekwatnie i nieproporcjonalnie do oczekiwanych efektów. Stopa zwinęła się jak listek bez wody i wróciliśmy do punktu wyjścia szybciej niż ktokolwiek się spodziewał. Doktor co prawda ostrzegał, że to może nie wystarczyć, ale z armatą na chomika się nie wyjeżdża i od czegoś trzeba było zacząć. Rettowy chomik jednak okazał się przynajmniej świnią morską i zapadła decyzja, że stopie należy się solidny fundament z żelastwa, plus kolejne podcięcie ścięgien, oraz cała plastyka kości, chrząstek, stabilizatory, coś tam jeszcze, Bóg i Doktor raczą wiedzieć. Wszystko, żeby: a) móc jak człowiek ubrać zwykłego, ludzkiego buta, b) móc postawić na stopie pannę B. bez ryzyka zwichnięcia kostki i c) przeprowadzać ją używając tejże stopy i jej powierzchni spodniej a nie boku ale przede wszystkim: d) żeby poprawić krążenie bo siniała nam ta stopa już niemożliwie. Czy tak się stanie - nie wiemy, za 5 tygodni ściągniemy gips i zaczniemy ją uruchamiać a wtedy to już tylko nowe baleriny, szpileczki, mokasyny i nas nie dogoniat ;) Taki jest plan ale rett określi co na to życie. 

wtorek, 13 czerwca 2023

Wspomnienia klasy B.

Jak kraj długi i szeroki - Biedronków jak psów, z której by strony nie jechał, zawsze jakąś się ma po drodze. Każda z nich mi w gruncie rzeczy odpowiada, poza tą jedną jedyną, którą to omijam z całym jej sąsiedztwem od lat. Bo tak i kropka, zawsze jest totalnie nie-po-dro-dze. Jadąc ostatnio w jakiś tam sprawach wyrosła mi ona (owa Biedronka) nagle centralnie przed oczami, jakby wylazła na drogę, stanęła na środku i zawołała z wyzwaniem w biedronkowych oczach "no dalej, gdzie masz listę zakupów?!" Myślę sobie, Agata, wybacz, są granice schiz i psychodeli, nie będziesz jechać bez sensu dalej skoro tą masz tu, na wyciągnięcie ręki. Zaparkowałam, weszłam, zaczęłam się rozglądać za tym czego potrzebuję. Zakupy jakich wiele, Biedronka jakich wiele. Tylko ja. Całkiem już inna... Jakbym znów dostała maczetą wspomnień między oczy. 

Wchodzę, biorę koszyk. Widzę maleńką B., która siedzi na koszykowym siedzeniu dla malucha i nawija na pół sklepu "da da da!" Tylko ja wiem, że to nie jej pierwsze umiłowania muzyczne do przebojów z lat 80-tych tylko, że mówi "dawaj!". To, tamto, wszystko! Widzę, że leci w tym koszyku trochę na bok, jakby niestabilnie trzyma plecy, ale to przecież samo najdzie, ma czas, całe życie przed sobą. Zdąży się nauczyć a ja jakieś to jej "da" pomnożone razy sto puszczam jednym uchem i drugim wypuszczam, bo prawdziwe słowa dopiero przyjdą, za trzy lata usłyszę przecież "Kocham Cię, mamo".

Jadę obok działu z chipsami, chrupkami i innymi słonymi wymysłami szatana, które uwielbiam. Kochała je też mała B. Nic tak dobrze nie zapychało zaplutej buzi z dwoma czy czterema zębami jak chrupki kukurydziane. Biorę całą paczkę a ona w wózku z pomarańczowo-czarnym dachem piszczy z ekstazą "aaaammmm!!!" No już, już zaraz mama Ci da, da wszystko czego tylko zapragniesz, z gwiazdką z nieba włącznie. Chrupek ląduje w małej łapie, czasem trafia do buzi, czasem nie. B. stęka i się poci ale ładuje oburącz ćwierć paczki do japy jeden za drugim. Widzę, jej różowy kapelutek na słońce, brzoskwiniowe policzki i grube jak serdelki nóżki ubrane w białe jak śnieg i jej dusza - skarpetki z falbanką. Już maleńka, robimy zakupy i idziemy dokończyć tacie obiad. 

Czas na coś owocowego B. w wieku przedszkolnym, na szeroko rozstawionych nogach, ubrana w jeansowe ogrodniczki i trzymana za rękę biegnie jak mały pingwinek, łapie się regału z owocami i wskazuje banany. Już nie mówi, czasem usłyszę tylko "blabrlaladrlalaa" a moja głowa całą mocą wyszukuje w tej zbitce zgłosek sensu wyrazów. Ale dłońmi złożonymi jak do modlitwy wskazuje mi te banany. Biorę dwa, potem usiądziemy sobie na ławce pod blokiem i przegryziemy coś po spacerze i zakupach. To znaczy ja jej będę podawać słodkie i klejące kawałki, bo sama już nie ugryzie. 

Przechodzę koło wód i napojów. Woda z dziubkiem i zachłystująca się B. w swoim pierwszym niepełnosprawnym wózku. Który już nie mieści się tak swobodnie między regałami, tak jak ja - która też już nie mieści się tak zgrabnie w obrazku "matki z normalnym dzieckiem w normalnym wózku". "Byleby nikogo znajomego nie spotkać", myślę sobie, gdy zza rogu wyłania się sąsiadka. Pyta co się tam u nas dzieje, że mała tak wrzeszczy po pół dnia i trzy czwarte nocy. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że nie wiem. Nie wiem, co się z tym dzieckiem dzieje, i czy to się dzieje naprawdę. Bartuś. Tak, wiem, jasne. Jej Bartuś, wnusio umiłowany, urodzony wtedy gdy moja B., już biega, jeździ na biegowym rowerku, mówi zdania z kropką na końcu itd. "Taka ładna dziewczynka, co z nią jest nie tak" mówi ona w stronę B. a ta patrzy pustym wzrokiem jakby patrzyła przez firanę. Wyłączyła się, bywa i tak, pewnie niektóre dzieci tak mają. Żegnam, Pani sąsiadko, muszę już iść, obiad gotować. I dowiedzieć się co z nią jest nie tak.

Mijam całe tony produktów i wspomnień. Te paróweczki, których już nie pogryzie, musy w tubkach, które po drodze na reha brałyśmy żeby coś przekąsić bez użycia łyżki poza domem. Te duszone łzy, kiedy spotykani znajomi nie zapominali z troską zauważyć "no jak to się mogło tak porobić?!" Żeby taka ładna dziewczynka... Zapach malin w jedynym soku, który B. akceptowała, hurtowe ilości waniliowych i  bananowych kaszek dla niemowląt z przeznaczeniem dla kilkulatki. Największe dostępne pieluchy. Rzeczy z których da się zrobić "miksowalny" obiad. Nieobecna B. Rozhisteryzowana B. B. wpatrzona w swoje dłonie. Niereagująca na nic B. B. z wypadającym biszkopcikiem. B. z niechodzącymi nogami. B. z rettem. Ja z rettem. Dość. 

Wątpiłam czy dokończę zakupy w tamtym miejscu. W miejscu, które tak bardzo pamięta małą B. W miejscu, które przenosi mnie tam z powrotem. Do korytarzy oddziałów dziecięcych, gabinetów lekarzy, jej zielono-żółtego pokoiku, w którym umiała kiedyś wskazać i nazwać kota i motyla. Do tych lat, które poszły tak bardzo nie tak. 

Oddychaj, wdech-wydech. Zakupy szkodzą. Tamtych nas już nie ma, tamtych miejsc też nie. Nie ma tamtej B. Jest tylko tu i teraz. Tu. I. Teraz. 



                                                                                          A. 

Grafika: https://theconversation.com/

poniedziałek, 5 czerwca 2023

Drugi raz a jakby pierwszy całkiem

Każdy, jak już się zdecyduje na rodzicielstwo, wchodzi w nie z jakimiś założeniami. Kultura, obserwacja najbliższych, matka natura - wszystko to niejako uposaża nas w pakiet minimum. Coś na początek, trochę jak zestaw startowy, żeby było czego się uchwycić budując swoje własne doświadczenie. Ale rodzi się taka na przykład panna z rettem i wtedy co? Wszystko co najpewniej miałoby sens w przypadku zdrowych dzieci (a przynajmniej dzieci bez retta) nagle w obliczu retta okazuje się zupełnie bezużyteczne. Nauka ssania, jedzenia, karmienie łyżeczką, pojenie z kubka, odpieluchowanie, wychowanie, bunt dwulatka, chodzenie, przedszkole, dojrzewanie, szkoła, bolące od wzrostu kolana, pierwsze miłości i tak dalej, dalej, dalej, ma się nijak do Twojego dziecka. Nie masz wyjścia, na podstawie doświadczeń innych rodziców z rettem, swoich prób oraz błędów, dogłębnego studiowania Rettki i każdego jej łypnięcia okiem budujesz w swojej głowie i sercu własny obraz rodzicielstwa. Punktem odniesienia i normą staje się wszystko co dla ogółu jest prawdziwym kosmosem. Jednak to jest Twoja norma, i to do niej odnosisz wszystko inne. 

piątek, 19 maja 2023

Matka, wariatka, potwór, anioł?

Im jestem starsza tym bardziej uwiera mi łatka wybrańca losu, już abstrahując od tego, że wszelkie łatki z zasady mnie drażnią. W ogóle w tym kraju nie jest łatwo być ani matką ani nawet kobietą, bo wciąż tak żywy jest stereotyp Matki Polki i jakby się do tego szablonu nie przykładał to zawsze wypadnie się bliżej ch.jowej pani domu niż ideału z obrazka. Naszemu pokoleniu raczej nie uda się jeszcze z tego schematu wykaraskać, choć czuję narastający w nas, kobietach, bunt. Matki niepełnosprawne mają jeszcze ciekawiej, bo są jakby nie było od zadań specjalnych, więc na prawie każdym kroku powtarza im się, że są wyjątkowe, wybrane i jakie szczęście, iż dziecię TAKĄ a nie inną matkę wybrało. Że pomnik w niebie i chwała bohaterkom tu na ziemi. 

środa, 15 marca 2023

Na retta, na receptę, na już!!!

Miałam pisać jak mi źle, jak mi szaro i, że wciąż jak na lekarstwo (nomen omen), słońca za oknem, które miało mnie wyrwać swą światłoczułą mocą z apatii ostatnich dni. Jednak nie ma co się mazać, na to będzie czas później, bo za dużo się dzieje w rett-świecie. The day has come - wynaleziono lek na retta! A tego się nie odzobaczy, nie od-wie i nic już nie będzie takie samo... Człowiek z tą wiedzą zostanie się już do końca życia, jak ten Himilsbach z angielskim. Kompletnie nie wiadomo co teraz z tym zrobić.

Jak B. była mała to dzień wynalezienia leku na retta jawił mi jako wybawienie, rekompensata, spełnienie marzeń i ekstaza w jednym. A, że wyobraźnię mam bujną i nieokiełznaną, to wszystko już sobie w głowie poukładałam. Więc wybucha ta bomba, mamy lek! i wszyscy z rettowa gonią do aptek. Biegnę i ja, trzymam zwiędłą jak niepodlewana roślinka B. na swoich ramionach, i w końcu go mam, mam w dłoni lek na to piekło. W domu, z największym namaszczeniem podajemy jej wybłaganą pigułkę (różową albo fioletową, rett jest kobietą, nie ma bata) i czekamy. Niby nic się nie dzieje ale nadzieja bucha nam uszami a każda komórka ciała wydaje się pękać od pełnego napięcia oczekiwania. Dni mijają a my podajemy lek znowu, i znowu, i znowu. Blanka zaczyna nabierać koloru i sił. Jej nogi ruszają coraz sprawniej po podłodze, palce rąk się prostują, tak jak kręgosłup, biodra, barki, szyja, łopatki i wszystko inne. Lawiny już nie da się zatrzymać. Zaczyna łykać, gryźć, żuć, pić. Rosnąć, tyć i rozkwitać. Chwytać, trafiać i pisać. Decydować, uczyć się i malować. Pokazywać, naciskać i w końcu! - mówić.  Po jakimś czasie siadamy całą rodziną przy stole a B. wstaje i mówi: "Mamo, kocham Cię", a ja się rozpływam jak masło bez lodówki na ciepłym chlebie. A potem ubiera się i wychodzi, bo "fuck, 8 klasa a tu liceum nie wybrane, ekipa czeka na Rynku, będę późno, nie czekajcie z kolacją". A my w lekkim szoku jeszcze ale z ulgą wydychamy trzy hektolitry powietrza i patrząc po sobie podsumowujemy - "no, to daliśmy radę!". Brzmi dobrze? Brzmi bosko. I tak abstrakcyjnie jak mój 16-letni jamnik na paradzie równości w kusym bikini walczący o równość wszelkich mniejszości. 

Nie jest moją intencją zabieranie komukolwiek nadziei, o nie! Bez niej nie uciągnęłoby się nawet miesiąca z rettem, taka jest najprawdziwsza prawda. Chcę napisać  jak to wygląda z mojej, lekko zgorzkniałej perspektywy matki nastolatki, która generalnie ma już w sumie wszystkiego dość a poziom złudzeń oscyluje na poziomie moich, zgrabnych skąd-inąd, kostek. Niech punktem wyjścia będzie taka oto rozmowa z Mniejszą, która odbyła się nie dalej jak wczoraj:
Ja: "Ej, młoda, wynaleźli lek na retta!"
Ona: "No co Ty! Ale na którego??? Na tego naszego to już chyba nie?!" 
Ja: "No raczej nie."
Kurtyna. 
Bo nasz rett jest już NASZYM rettem i jest w pewien sposób nietykalny. Jak cała B. O!

Pomijając moje daleko posunięte przekoloryzowania (dzięki którym też pewnie nie skoczyłam jeszcze z dachu) ale nie wyobrażam sobie innej B. niż ta, którą mam. Jasne, gdyby lek nie kosztował setek tysięcy złotych (choć i to pewnie by się musiało ogarnąć sprzedając dom, nerki i siebie) i, co kluczowe - gdyby B. była młodsza (czyli w gruncie rzeczy mniej zjedzona chorobą) to może umiałabym przyjąć fakt wprowadzenia na rynek amerykański (chyba) leku wspomagającego leczenie ZR z jakimś większym entuzjazmem. Ale ten kto z zespołem żyje lat 10, 15, 20, ba! 30, wie, że pewnych rzeczy już się w tych ślicznych i klepiących dziewczątkach nie da zmienić, po prostu. Z każdym rokiem granice między zdrowym dzieckiem a rettem się nieodwracalnie zacierają. Co jest objawem a co Jej ulubioną manią i psychozą? Co chorobą a co próbą dręczenia matki? Co cechą charakteru a co podszeptami retta? W wieku lat 14 z małym okładem moja córka i rett to jedno. I jakkolwiek byśmy go nienawidzili to musieliśmy w końcu przyjąć i zaakceptować, że są całością. 

Nie podlega dyskusjom, że każdy rett-rodzic oddałby wszystko, żeby z tym gównem żyło się jego czy jej dziecku jak najłatwiej; liczę, że do tego właśnie medycyna nieubłaganie zmierza. Chwała im za to; niepoddającym się naukowcom, myszom, które przedawkowały albo się zaklepały na śmierć i koncernom farmaceutycznym. Coś mi jednak mówi, że realna nadzieja na poprawę tzw. jakości życia dziewczynek ma szansę się ziścić, gdy lek podany byłby w odpowiednim momencie rozwoju choroby, czyli w gruncie rzeczy - jak najwcześniej. Słusznie ujęła to moja Mniejsza, że na naszego retta to już chyba nie ma magicznych kraftów, a wie co mówi, bo od urodzenia obserwuje, w którą stronę to idzie. A idzie ewidentnie w stronę światła a nie szczęśliwego wyleczenia. 

Mój dystans w kwestii pierwszego leku na retta wynika najpewniej z tego, że muszę zwyczajnie się chronić. Nie zliczę nawet ile razy, my - rodzice, rozwaliliśmy się o ścianę rozczarowania. Ilu specjalistów "przerobiliśmy", ile farmaceutyków, suplementów, metod terapii, podejść do zespołu, pomysłów, sugestii, rad, porad itd. A może jeszcze to, tamto, spróbujmy, wejdźmy w to, nic nie tracimy... Za każdym razem świeżo obudzona nadzieja umierała dużo szybciej niż w przysłowiu i dojście do siebie zżerało masę energii. Przyznanie po raz n-ty, że na retta nie ma mocnych wpędzało mnie w rozpacz, zniechęcenie i totalną słabość. A B. z jej postępującą chorobą nie może mieć coraz słabszej matki, która zamiast żyć w tu i teraz (jakie by ono nie było) chwyta się każdego włosa nadziei, by bujać się na nim jak na trapezie by za chwilę znów łupnąć z całą mocą o podłogę. Nie. To już nie ten czas. Jedyne czego potrzebuję ja i moja rodzina to spokój, który jest na razie jedynym lekarstwem, które naprawdę działa. 

Trzymam kciuki z całych sił za powodzenie leczenia, marzę, by dziewczynki przed regresem albo zaraz po nim były skutecznie leczone i mogły uniknąć niszczycielskiej mocy tej okrutnej choroby. Ale jestem realistką, niestety dla nas jest już za późno. Więc musimy się nażyć z tym naszym rettem ile tylko się da.

Z drugiej strony całkiem miło jest myśleć, że gnojek pewno teraz zaczyna w końcu srać po gaciach, więc sugeruję lampkę czy szklaneczkę czegoś za więcej niż 30 złotych w weekend. I toast! Za tych, którzy jeszcze zdążą  i coś ugrają na możliwości jakiegokolwiek leczenia. I za tych, którzy już nie zdążą, bo się w swoich rettach całkiem zasiedzieli - żeby nie oszaleli. Nie dajmy się zwariować, przynajmniej nie bardziej niż sytuacja tego wymaga :)

                                                                                            A.

Grafika: medonet.com

niedziela, 5 marca 2023

Coś jakby survival

Poprzedni mój kot mordercą był okrutnym. Chyba już w łonie kociej matki zadusił i zeżarł kilkoro rodzeństwa by po drugiej stronie brzucha rozkręcić się w zabijaniu maksymalnie. Co z nim przeszłam, ile śmierci, bólu, truchła i nieboszczyków widziałam, wiem tylko ja i są to rzeczy których się nigdy nie odzobaczy. Nasz obecny kot a ściślej - kotka, jest szczęśliwie w te klocki zdecydowanie słabszy, jednak mysi trup zaczął się ostatnio ścielić gęsto tu i ówdzie, gdyż wiosna tuż za rogiem a kocia panna poczuła zew krwi, natury czy innej pozbawiającej życie patologii.

niedziela, 12 lutego 2023

Jak w mordę strzelił - o emocji wstydem zwanej.

Czy wstydzisz się swojego niepełnosprawnego dziecka?

Ooo... Na tak postawione pytanie możliwa jest tylko jedna odpowiedź. Jasne, że nie! Z wykrzyknikiem na końcu i wywróceniem oczu aż do białek dla podkreślenia niepodważalności naszej odpowiedzi. Ale idźmy w to dalej, raz się żyje .

Czy wstydzisz się niepełnosprawności swojego dziecka?

I co teraz? Odpowiedź nie wydaje się już tak oczywista jak wcześniej. Przynajmniej mnie. 

Młodość mojego retta to był paradoksalnie najfajniejszy czas, zwłaszcza jeśli chodzi o praktyczne kwestie wtapiania się w tłum szarych ludzi i zdarzeń. Byłyśmy na pierwszy rzut oka jak wszyscy i to powodowało duży komfort w sytuacjach publicznych. Owszem, kilka akcji nam się przyadrzyło; dwie z nich były związane z zakrztuszeniem (raz kawałkiem bułki od kebaba a drugi raz - pomidorówką), innym razem B. pierdnęła podczas mszy (tej cichej części na nieszczęście). Może dlatego nie chodzę już z nią do kościoła. W każdym razie poza wyjątkami potwierdzającymi regułę, do pewnego etapu postępu choroby, żyło nam się i funkcjonowało w przestrzeni publicznej całkiem komfortowo. I to zarówno dla nas jak i dla innych. 

Niestety nic nie trwa wiecznie, maleńkość rettki również. Im większa rettka tym większy rett, nie ma zmiłuj. A z dużym rettem już tak łatwo wśród tłumów nie jest... Odczuwam to coraz bardziej, mocniej i boleśniej, bo zdarzają mi się momenty kiedy czuję autentyczny wstyd. I choćbym sama siebie przekonywała - "nie Agata, luz, serio, ludzie rozumieją, wiedzą, że to choroba a nie ona sama, że ta dziewczynka w wózku jest mistrzynią świata  i najwspanialszą kobietą jaką widzieli" to sama czasem w to przestaję wierzyć. Bo możliwe, że ich oczami wygląda to zupełnie inaczej. Ociekająca litrami ślina nie jest wcale tak niewidzialna jak mi się wydaje,  każdy odgłos najpewniej jest mniej "ludzki" niż w gra w moich uszach i wszystkie kwestie fizjologiczne odarte przez głęboką niepełnosprawność z jakiejkolwiek zasłony powodować mogą powodować, że nie wszystkim jest z tym "wygodnie".

Zawsze jak myślę czy piszę o tych sprawach; o akceptacji, tolerancji, inkluzji, obecności, inności, (współ)zależności itd. ciśnie mi się na usta i klawiaturę słowo klucz. Godność. A w tej materii z kolei nie było w moim życiu większego mistrza niż mój dawny przyjaciel Tomek. T. już jest szczęśliwie po tamtej stronie tęczy, ma zdrowe ręce, nogi i całe tabuny lasek, z którymi siedzi w jacuzzi i popija drinki z palemką; tak to widzę i tego z całego serca mu życzę. Jednak codzienność jaką zgotowało mu życie wcześniej na ziemi jest nawet ciężka do opisania a żadna próba nie odda skali uwięzienia w jakim musiał żyć kilkadziesiąt lat. Przy całkowicie zdrowym duchu i intelekcie (wierzę, ba!, wiem na pewno, że B. też tak ma), aparacie mowy (tu już niestety B. tak nie ma wcale) ciało T. uwięziło go i unieruchomiło zabierając jakąkolwiek możliwość samodzielności. No, trzymał widelec na długim kiju, którym jadł i obsługiwał mysz komputerową, możliwe, że coś jeszcze o czym nie wiem, ale generalnie w każdej innej czynności wymagał pomocy osoby trzeciej (mamo T., jesteś nieustająco moją inspiracją). Postępująca choroba z każdym rokiem w jakiś sposób odzierała go z... ochrony (?) Ale na pewno nie z godności. Nie wiem jak ten facet to robił ale pomimo, że fizjologiczny aspekt jego choroby był już tak bardzo na widoku, że prawie "na talerzu", to przebywając z nim, nie powiem, że się tego nie zauważało, ale było to coś jakoś magicznie usunięte w cień przez jego błyskotliwą inteligencję, nietuzinkową osobowość i gigantyczną radość z życia. Taki po prostu był T., umiał zaczarować rzeczywistość tak, że to nie niepełnosprawność, choć głęboka, grała pierwsze skrzypce.

Wracając do mojej małej (dużej) B. Mówiąc oględnie - zawsze lubiłam robić swoje, bez względu na to kto, co, gdzie itp. Jak B. była mała, szłam z nią na spacer, bo lubię spacery. Szłam z nią do sklepu bo ludzie czasem robią zakupy. Brałam tu czy tam bo tak i kropka. I przez te kilkanaście lat razem wiele się nie zmieniło, może poza tym, że usapię się więcej, nawkurwiam, że nie ma jak przejechać dużym już wózkiem albo jakaś inna bezsilność ciała stoi nam na przeszkodzie. B. natomiast zmieniła się bardzo. Jest ewidentnie niepełnosprawną nastolatką, w ewidentnie niepełnosprawnym wózku a jej niepełnosprawność nie pozostawia już żadnych złudzeń. Mimo, że ciągle jest Stanisławą Ryster z nogą na nogę w wielkiej grze swojego życia, to jednak czasem niemożliwym staje się ukryć najbardziej podstawowy, fizjologiczny i pierwotny aspekt jej choroby. Coś co widać na oko, słychać na ucho albo czuć na nos. Widząc reakcję ludzi, czasami czuję jakbyśmy były nagie... Jakbyśmy pchały ten nasz wielki wóz gołe i bezbronne. 

Godność, wraca jak bumerang. Może to, tak trudne do zaakceptowania uczucie wstydu, przelatujące przez moje synapsy mówi nie koniecznie to - "B., błagam zmiłuj się, ludzie się patrzą, ale siara" tylko "Chronić Królową, szybko!". I zamiast unikać tych oczu, żeby nie psuć im równo wymalowanego obrazka, trzeba jakoś użyć własnego wstydu, żeby zareagować, odwrócić jak najszybciej wózek tylko po to, żeby godność B. pozostała nietknięta. Żeby przykryć, zasłonić i schować. To czynić będę dopóki starczy mi sił. 



                                                                                            A. 

Grafika: https://www.jordanharbinger.com/how-to-use-embarrassment-to-your-advantage/