Z niemałym
zaskoczeniem usłyszałam niedawno siebie mówiącą do znajomej: „Nie,
Blanka już nam nie wyje tak jak kiedyś”... Gdzieś w pędzie życia umykają takie
sprawy, coś jest a później tego nie ma, ot tak i się tego nie zauważa ani nie umie docenić. Bo fakt jest
faktem – w wieku lat 7 z hakiem Blance przeszły płaczowe jazdy (czy na
zawsze to jeszcze zobaczymy).
Pierwszych 5 lat mojego
życia z rettem stanowiło nieustanne Jej pacyfikowanie i próba
funkcjonowania w ciągłym wrzasku. Tego się nie da opisać – ryk
po kilkanaście godzin, w dzień i w nocy, świątek, piątek i niedziela, do za przeproszeniem zrzygania tymi gilami i łzami. Chwila snu ze zmęczenia, nagłe wybudzenie z krzykiem i znów wszystko od nowa.
Nie
dało się tego niczym uspokoić, ani lekarzem, ani farmaceutą,
tuleniem, waleniem głową w ścianę – niczym, po prostu niczym; B. darła japę
przez kilka pierwszych lat swojego dzieciństwa. Pamiętam jak siedziałam
kiedyś z kawą przy kompie czytając o milczących aniołach, nie
słysząc nawet swoich myśli, bo B. akurat miała fazę i obmyślałam jakąś bardziej trafną nazwę dziewczynek z zespołem retta, np. rozdarte diablice czy coś w ten deseń.
Pamiętam też jak sąsiadka zwabiona rozdzierającym krzykiem zapukała
do nas o 3 nad ranem z pytaniem czy aby nie polulać tej małej (a
tak naprawdę - czy aby już nie czas na niebieską kartę dla naszej miłej rodzinki). Pamiętam
również jak pojawiłam się u pewnego psychiatry (nie na NFZ czyli musiałam być już na granicy utraty zmysłów) z błaganiem o lek, który
ogłuszy albo ogłupi mnie na tyle, bym tego wycia już nie słyszała.
Chociaż chwilę. Bo pomóc wtedy Jej się naprawdę nie dało... Rett ma to do siebie, że coś daje i to tak sobie jest, jak wsza, żre wszystkich, ale w końcu trzeba się do niej przyzwyczaić i z nią żyć. Tak było z pluciem i robieniem baniek ze śliny, zgrzytaniem, niespaniem, lękami, widzeniem duchów i z ryczeniem również. I tak jak większość z tych mniejszych bądź większych upierdliwości – poszło jak przyszło.
Nie wiem, czy B. wydoroślała? Czy poddała się, że już nie walczy ze wszystkim? Czy spokorniała po prostu? Jest inna, śmieje się bardzo rzadko, w głos już prawie nigdy, ale też nie terroryzuje nas płaczem i krzykiem. Może umiemy już lepiej, i Ona i my, z tym gównem postępować... Ona wie, że płaczem i krzykiem nie powie mi o co chodzi, ja wiem, że jak płacze to jest tego konkretna przyczyna. Nie mamy narzędzi do komunikacji, tylko małe ich okruszki – pół mrugnięcia okiem, westchnienie, spojrzenie tam a nie tu plus intuicja, poszlaki i chybił trafił. I na tej podstawie kombinujemy jak działać, bo B. już nie wyje jak mała diablica, tylko używa płaczu naprawdę w ostateczności gdy inne metody "powiedzenia" mi co jest nie tak totalnie zawiodą. Mądra moja dziewczynka, chyba dorasta :)
A.
P.S. Rett-Rodzicom,
którzy przechodzą teraz piekło nigdy niekończącego się darcia, chcę zacytować słowa piosenki Pani Prońko - "Bądź jak kamień, stój wytrzymaj, kiedyś te kamienie drgną", bo to mienie! Na pewno.


A kto by zniósł w ciszy i ze spokojem niechcianego towarzysza-retta, który osacza, tłamsi, nie pozwala na najprostsze dla innych rzeczy? To pewnie był krzyk rozpaczy wynikającej z całkowitej bezsilności. Dzielna Blanka przetrwała fazę buntu i weszła w fazę znoszenia z godnością tego, czego zmienić nie może. She is the champion of the world!!!
OdpowiedzUsuńTak też myślę. Że była koszmarnie przerażona, niby byliśmy obok ale to jednak Ona sama musiała nauczyć się z tym żyć i przyjąć, że jest jak jest. Bo przecież do pewnego etapu miała to co każde inne dziecko. I nagle przyszedł ten dupek...
UsuńNawet nie próbuję sobie wyobrazić jakie to uczucie :/
Ale wróciła, walczy, przyjmuje na klatę. Nie jestem obiektywna, ale Chuck Norris to przy Niej mały szczur.
Podziwiam, kolejny raz i chylę czoła! I przed NIĄ i przed Wami!!
OdpowiedzUsuń