wtorek, 20 marca 2018

Moje paranoje

Mówią, że jak się człowiek przyzna przed sobą samym ze swoich jazd to już z górki ku wyleczeniu. A jak już się przyzna publicznie to w ogóle można uznać cud medycyny psychiatrycznej. Także ten. Mam kilka, które wyłączają mój zdrowy rozsądek do zera. Zapinać pasy i jadymy!

poniedziałek, 26 lutego 2018

Ludzie dobrej woli! Prosimy, prosimy o Wasz 1% :)

Mały 3,5-letni Blaniś prosi jak kotek ze Shreka :)))
Kochani, cudów nie ma; bez 1 % się nie da. Mimo podwyżki z mopsu, i tego, że na tipsy, fryzjery i luksusy nie wydajemy, oraz tego, że każden zachrzania ile może - nasz rett jest gorszy niż kredyt we frankach. Apteczna proza życia ("tylko" witaminki i leki codzienne i mamy rachunek na 200 zł), sprzęt, którego ceny mnie zawsze miażdżą (a nasz przeorany przez życie fotelik do karmienia po 4,5 roku woła o swojego następcę), rehabilitacja (na nfz to można czasem i trochę a żeby taki organizm jak Blanki nie zardzewiał i się nie zastał to trzeba dużo i często, niestety, a to jest z kolei drogo), lekarze, dieta (jesteś tym co jesz a Ona jest dla mnie wszystkim więc musi jeść dobrze), i inne. To wszystko, dzięki podarowanemu przez Was 1% podatku, może mieć Blanka. Może żyć we względnym komforcie, mimo syfu jaki zafundowała Jej choroba. Sami nie bylibyśmy w stanie Jej tego zapewnić.

środa, 14 lutego 2018

Historia miłości do pewnej Lucyny

Miała być jedną z całego stada badziewi, o które potykamy się w nocy. Miała przyjść, pocieszyć dwa dni i pójść do następnych żądnych zabawek małych łap. Miała odejść w zapomnienie równie szybko co stówka za nią zapłacona. A została i to w wielkim stylu. Lucyna. Pies. Przyjaciółka. 
Teoretycznie była prezentem dla Mniejszej, Mikołaj wysłuchał próśb i się spisał. Mniejsza poprowadzała na smyczy 15 razy, nadała imię i na tyle pozwoliła Lucynie być tą jedyną... Na szczęście dla niej szybko okazało się, że mamy tu jeszcze jedną dziewczynkę, która może tak mocno ją pokochać.

czwartek, 8 lutego 2018

Dlaczego nie lubię swojej pracy

Która dla 90% ludzkości i tak pracą nie jest. Każde kolejne pytanie "A to nie wracasz do pracy" albo "Czyli nie pracujesz?" doprowadza mnie do rozpaczy... Bo fakt jest taki, że to co robię codziennie jest nie do końca tym o czym zawsze marzyłam. Dlaczego? Dlatego.
Opieka nad dzieckiem npspr to nie praca.
Mało kto w to wierzy ale powiedzmy sobie raz na zawsze - TO JEST PRACA. Niedowiarki powiedzą, że każdy kto ma dziecko to się przy nim natyra. Tak, ale zdrowe dziecko w odpowiednich etapach swojego życia zaczyna: jeść samo, ubierać się samo, mówić, uciekać z domu itd. A Ty, Rodzicu, chciał/nie chciał musisz wypuścić je w końcu z gniazda.

czwartek, 25 stycznia 2018

Ferie uważam za... przespane

Jako, że ostatni będą pierwszymi i w zeszłym roku ferie zimowe zahaczyły nam, jako ostatnim, prawie o majówkę, to w tym roku, ledwo otrzepawszy brokat po Sylwestrze mieliśmy znów wolne od szkoły. Nie wiem co konkretnie się Jej porobiło, ale ostatnie dwa tygodnie moja panna poświęciła na sen zimowy. I to naprawdę mocno daje mi do myślenia, bo nie jest kompletnie w Jej stylu. Spać? Nie B. Sory.

środa, 3 stycznia 2018

Czy da się (nie wlewką) przerwać napad albo mu zapobiec?

W sumie - nie wiem. Wielokrotnie jednak próbowałam, więc się wypowiem. Zwłaszcza, że temat bardzo na czasie, bo znów jest jakaś  superpełnia i kto ma padakę ten ma też ręce pełne roboty a głowę pękającą od pomysłów jak tu by ją przechytrzyć. 
Więc tak. Jedno jest pewne - jak epi-piekło rozszalało się na dobre to już pozostaje się tylko modlić, często zmieniać wodę w koncentratorze a sobie zesrane ze strachu gacie. I podawać wlewki, o ile nie przekroczyliśmy maksymalnej ich liczby na dobę. Są jednak fale napadów albo i pojedyncze (u nas to rozkoszna nowość, bo zawsze jeden napad był zwiastunem kilkudniowej jazdy), którym można próbować zaradzić. Uważam, że zawsze warto, bo nawet jak się nie uda to człowiek wie, że walczył a nie tylko czekał z nogą na nogę na kolejny napad.

czwartek, 28 grudnia 2017

Jest później niż myślisz

***
Poniższy wpis przerabiałam chyba ze 3 razy żeby miał bardziej optymistyczny wydźwięk, ale wychodziła mi jakaś pseudo-uśmiechnięta historyjka o recie ze szczęśliwym zakończeniem. Więc dałam sobie spokój, nie będę pajacować , przynajmniej  nie na tym blogu. O :) 
***
Wczoraj, dosłownie wczoraj trzymałam Ją pierwszy raz na rękach a ona zjadała mi pierś w poszukiwaniu mleka. Dzisiaj patrzę na Nią i widzę pryszczate dziewczę, które patrzy pożądliwie na moje sukienki sprzed paru lat w rozmiarze XS. A jutro? B. na tarasie, w wiosennym słońcu, taka spokojna i szczęśliwa. I wtedy ostra jak nóż myśl przeszywa mi zwoje mózgowe. "Czy zdążę?". Czy Ona zdąży się tym nacieszyć, czy my nacieszymy się Nią...