Ja się o medycznej mery wypowiadać nie będę, bo mnie szlag trafia jak słyszę, że komuś tam na stołku obrazek ćpuna z dworca głównego przesłania rozum. Szkoda po prostu słów. Ale o innym zielsku już napisać mogę, mamy jedno, które wygląda na to, że działa zgodnie z mocą natury, którą ma w sobie. Chodzi o olejek z oregano.
Różne już zioła w naszej rett-karierze mieliśmy okazję chlipać i łykać, ja jestem wierna melissie, kozłkom i innym tam nerwomixom, Blanka natomiast generalnie zawsze jest na nie. Naparu nie wypije, bo przypominam - Blanka jest niepijąca. Od lat.
Pół roku się czeka i nawet człek tak wyprany z nadziei jak ja gdzieś tam sobie w środku coś uroi i marzy, myśli, że może coś, jakoś... Ale niestety, zwrot akcji nie nastąpił. Według A. to akurat duży atut naszej Dr, że nie obiecuje żadnych cudów ale też mimo wszytko chce próbować. Więc sprawa wygląda tak - Trileptal podniesiony do dawek maksymalnych na Blanki wagę, pozostałe czyli Vetira i Lamitrin już na maksymalnych są i tyle.
W nawiązaniu do poprzedniego wpisu, i tak w ogóle - bo trochę się tych logoped w życiu przeszło, jednych mniej, innych bardziej kosmicznych, więc jest o czym pisać. Zawsze ta część terapii Blanki wzbudzała we mnie emocje.
Od rodziców (czyt. od matki) wymaga się bycia rehabilitantami, logopedami, terapeutami itd., co na początku naszej drogi wydawało mi się całkiem rozsądne. Teraz, gdy same mamine obowiązki zajmują mi 95 % doby widzę to trochę inaczej i w to pozostałe 5 % nieszczególnie chętnie oddaję roli logopedy mojej córki.
Minęło osiem tygodni tuczu B., jeszcze drugiej brody ani "mamo, koleżanki się śmieją, że jestem gruba" nie ma ale chyba pomału osiągamy pewną stabilizację. Fakt, że to taka pseudo-stabilizacja, bo tylko jakaś infekcja, pełnia, napady i waga leci w dół, bo dziób wisi i nie może jeść ale póki co jest dobrze. Jest 19 kg a w diecie Blanki nastąpiły pewne zmiany.
Po pierwsze primo, panienka zrezygnowała ze spożywania nutrisiów w nocy. Chyba gdzieś to wychudzenie i zabiedzenie organizmu minęło i wraz z nim minęła Jej nocna chęć do podjadania. Zwykle więc nadrabia rano jedząc kaszę na nutridrinku o mega mocy jakieś 500 kcal albo i więcej.
Widzę, że coś jest nie halo... Zmienia mi się, owszem - dorośleje, fafkulce jeszcze nie ale pierwszy wągier na nosie już żeśmy herbatą z melisy opili. Więc albo jakoś posępnie dojrzewa, albo to coroczny jesienny spadek formy, albo co najgorsze - kolejny etap choroby... I to mnie lekko przeraża.
Od kilku-, kilkunastu dni jest całkiem inna. Przepada w swój wymiar tak bardzo, że Jej nie ma... Apatia, osłabienie i zmęczone oczy. Takie smutne...
Karmiłam dziś panny gołąbkami (ta Mniejsza będzie jadła sama, nabijając każde ziarnko ryżu na widelec, wywalając przy tym milion pozostałych a tamta większa wypluje wszystkie grudki, które drażnią Jej królewskie podniebienie) i w momencie sprzątania pomyślałam, że chyba mnie w końcu trafi. B. ma fotelik do karmienia, siedzenia, i innych czynności wykonywanych na czterech literach, którego projektantem (mam na myśli szczególnie materiał, ale też inne oderwane od rzeczywistości "udogodnienia") był zdaje się ktoś niespełna rozumu. A na pewno nie matka.
Posilę się na coś optymistycznego, chociaż łatwo przez te moje lumbagi nie będzie. Przypomniało mi się jak pani Kowalska też stwierdziła (albo jej menadżer), że po dołujących klimatach czas na coś optymistycznego, no i zaśpiewała. Ja jej nie uwierzyłam. Bo jak całkiem wbrew naszej jesienno-mędzącej naturze robić takie słodko pierdzące wyskoki, no jak? Tak jakby Prezesa Kaczyńskiego wysłać na Woodstock i patrzeć jak się dobrze bawi. Ale dobra, pomimo, że całe wiadro rett-pomyj we mnie buzuje to zmuszę się do jakiegoś przyjaźniejszego wpisu. Będzie o małym gadu-gadu z B.