Wstałam dziś rano z silnym przekonaniem, że czas najwyższy na dobrą zmianę. Powiedziałam to dziewczynom, B. wrzasnęła "am!" więc została uznana za ochotnika. Poszła pod nóż.
Jak było z Jej małą rozczochraną każdy wie, fryzura jak po rażeniu piorunem, warkoczy jak nie było tak nie było, a ja cierpliwością nie grzeszę. I tak długo wytrzymałam. Po kolejnym myciu Blanki włosów z Jej głową między również jej kolanami postanowiłam, że czas powiedzieć sobie dość. Jedyne na czym mi zależało, to żeby nie wyglądała jak ja za młodu czyli jak dorodne chłopię lub strzyżone na jeża dziecko po ataku pcheł (bądź wesz... wszów). Wszystko byleby wciąż wyglądała jak dziewczynka. Nie chciałam, żeby miała poczucie, że znów coś traci przez tego cholernego retta, dlatego zrobiłyśmy całe makeover szoł, postarałyśmy się o niezłą stylistkę fryzur, opowiedziałam Jej o przewadze krótkich włosów nad długimi itd i zrobiłyśmy to :) Co ja tu będę pisać, poniżej fotorelacja.
 |
| My trzy |
Postanowiłam, że tegoroczne wakacje odbędą się zgodnie z zasadą "jedz, módl się, kochaj", w totalnym skupieniu na sobie, dzieciakach, łapaniu chwili, kilogramów i jodu. Udało się tyle, że mamy z A. po dwa kilo na plusie, oczy jak krety, bo przez dwa tygodnie nie widziały prawie słońca i masę mniej lub bardziej dziwnych wspomnień. Jednak bez względu na wszystko - odpoczęliśmy.
Nie potrafię nic w sobie dzisiaj poukładać, włącznie z czterema tonami prania, które czeka na mnie i radośnie popiskuje na podłodze w łazience, więc będzie w nielogicznie i niechronologicznie w podpunktach. Moje impresje z wakacji nad Bałtykiem 2016'.
Tu nie ma filozofii - trzeba o niego dbać. A więc podlewać, doglądać, obrywać suche listki, zapewnić maksymalnie optymalne warunki do życia. A potem jest nagroda - kwitnie. Z moim starszym dzieckiem jest dokładnie tak samo, bo nie oszukujmy się - ja Blanki nie wychowuję, ja o Nią dbam. A więc kocham, całuję, zapewniam, że jest dla mnie najważniejsza, karmię, doglądam, staram się, by Jej warunki życia były jak najlepsze. Jak się uda choć większość z tych wymagań spełnić wtedy jest nagroda. Kwitnie. Muszę tylko się o Nią troszczyć. I nie czekać na nic w zamian, mimo, że tego dostaję i tak całe tony. Nie wiem czy byłabym w stanie zrobić tyle dla kogokolwiek innego na świecie ale Jej uśmiech, spokojny sen, spojrzenie mówiące "Mama, ale fajnie..." jest warte każdego poświęcenia.
Mam kilka takich osób, które są blisko jak trzeba i zawsze wysłuchają tego co mam zalana gilami do powiedzenia. Że plecy mam zardzewiałe a Ona jak na złość jest coraz większa, że chcę spać, spać, spać i lecieć natychmiast na Ibizę, a rett-życie jest podłe i w ogóle już nie daję sobie z tym wszystkim rady, na końcu zwykle dodaję, że zupełnie nie nadaję się na matkę. Czyli najczęściej rozprawiam jak to MI źle. Jaka to JA biedna, jak MI rett daje po dupie, JA, MI, MNIE, JA, JA, JA... Egoistka? Może trochę... Taką sobie wykombinowałam taktykę, żeby przetrwać.
Od 6.00 rano mogę wszystko - iść na grzyby, ryby, skoczyć na solo z rettem, po dobranocce natomiast jedyne co mogę to być marudna i patrzeć tępo w ścianę. Tą naturalną w sumie dobową aktywność podbił sposób funkcjonowania Blanki retta, bo od samego regresu mamy nocne jazdy, wstawanie ok. 5 i to po kilku pobudkach. Ja była mniejsza to dodatkowo wyła, oglądała bajki, jadła i piła, teraz natomiast tylko obwieszcza światu, że nie śpi więc nie wypada by spał ktokolwiek inny. W dużej mierze ma to związek z Jej padaką, niestety. Więc u nas jest tak, że ogromna większość jazd epi kumuluje się przed podaniem leków (czyli ok. godziny 6.00 i 18.00). Próbowaliśmy sobie przetłumaczyć wszelkimi możliwymi sposobami, że leki we krwi nie wypłukują się tak szybko, że niemożliwe, by 15-minutowe spóźnienie z podaniem tych trucizn prawie zawsze dawało w zamian jakiś padaczkowy dramat.Ale jak tu dyskutować z czymś, co przypadkiem przez 6 lat potwierdza regułę - spóźnisz się z lekami, napad gotowy.
Mijają dokładnie dwa lata od mojego skoku na główkę, czyli od powitania na świecie Panny Mniejszej. Dobrze, że nie wiedziałam wcześniej z czym to się je, bo mogłoby na smaku się obejść, a wtedy straciłabym wszystko, tzn. głównie siebie. Bo drugie urodziny mojej młodszej Córki toteż rocznica mojego powrotu do życia.
Są rodzice, którzy przy jednym niepełnosprawnym dziecku się spełniają, oddają się zupełnie zorganizowaniu mu maksymalnie komfortowego życia i walce z chorobą. I są szczęśliwi. Podziwiam ale jednak to nie my, ani ja ani A. Poczułam w pewnym momencie bardzo dotkliwie, że zapadamy się, taplamy w chorobie B. i grzęźniemy w recie jak w bagnie. Tylko dostęp do "normalnego" świata mógł nas uratować.
Pomimo, że to subtelne subtelności a nie spektakularne zwycięstwo nad rettem to jednak czuję się tak jakbyśmy zagrały dupkowi na nosie i to z przytupem. Po ponad sześciu latach od regresu i całkowitym braku jakiejkolwiek łączności między głową Blanki a jej kończynami górnym zaczęłam zauważać, że Panna nieśmiało kombinuje przy uszach jak chce się podrapać albo odgarnąć niesforne loki. Wracamy do gry!