czwartek, 4 maja 2017

Jak?! MORZE tak!!!

Trochę się u nas działo, może nawet trochę za dużo, więc nie pisałam, bo ciężko mi było nawet usiąść na dupie i ogarnąć myśli. A, że nawet moja rodzona mami dopytuje, czy ja ten blog już zamknęłam na kłódkę to jestem. Jeszcze z piachem w trampkach, wiatrem we włosach i nowymi siłami - prosto znad morza! Udało się, mimo, że jedna kaszlała, druga smarkała i wszystko jakby się sprzysięgło, żebyśmy nie wyjechali. Ale przechytrzyliśmy przeznaczenie, i to w wielkim stylu, bo przechytrzyliśmy też pogodę! Pięć dni z jednym popołudniowym deszczem, piękne wiosenne słońce, zapach morskiego wiatru, pogodowy błogostan. Za te wszystkie lipce z opadami z całego roku i te sierpnie z zimowymi kurtkami. Haha! Brawo my :D

wtorek, 11 kwietnia 2017

Do wesela (sic!) się zagoi

Po ostatniej historii nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ja i A. stanowimy dla własnych dzieci największe zagrożenie... A to było tak: B. przed rotawirusem, z temperaturą ok 39 zwija się cały dzień w napadach, lecą wlewki, koncentrator, kolejne dziesiątki różańca, wyczekujemy chwili ocucenia po wlewce i przed kolejnym napadem, bo już 19.00, leki dalej nie dane a im dłużej nie dane tym znów większa szansa napadu. B. siedzi w kuchni (w sumie "siedzi"", bo wisi), wszystkie trucizny gotowe a tu nagle jeb,znów napad i sina, piana z buzi i kolejne epi-piekło robi się w przeciągu kilkudziesięciu sekund. My, jak roboty - dziecko do pokoju, na bok, wlewka, tlen, ambu (czy jakoś tam, kolejność jest przypadkowa, bo co kto pierwszy złapie), pulsak na palec i akcja trwa. Nagle wchodzi zaskoczona Mniejsza ze strzykawką Blanki w dłoni i słowami na ustach "Ale niedobly ten sylopik"...

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Żelazna i petinimid w natarciu, czyli co tam słychać u naszej padaczki

Dalej mi czarno na duszy, zwłaszcza, że (a w zasadzie - bo) z Blanką dość ciężko ale zjadłam całą czekoladę z oreło by donieść w maksymalnie pozytywnym tonie, iż w naszym epi-centrum wiosenne poruszenie. Żelazna powiedziała "Spróbujmy, co nam szkodzi!" więc od soboty B. bierze czwarty lek na epi. Na razie szkodzi nam tyle, że drugą dobę zawodzi jak wilk do księżyca zamiast spać (pełnia się zbliża, więc też nic dziwnego). No i z tym całym petinimidem wiąże się parę przygód które były naszym udziałem przez ostatni tydzień. Ale grunt, że się coś dzieje a człowiek porzucając swój instynkt samozachowawczy zaczyna znów naiwnie wierzyć. Że to właśnie TEN lek, który pomógł Blance (a nie tylko zaszkodził) i, że latami będzie wymawiał jego imię z największym namaszczeniem opowiadając wnukom jak to babcia Agata wbiła palec w oko rettowi. No do rzeczy.

poniedziałek, 27 marca 2017

Nie-moc i bez-rad

Nie udadzą mi się autoironiczne żarty na początek, bo zgodnie z ostatnimi trendami - nie udaje mi się nic. Wysiadam. Odpadam. Zębami rysuję nasz drogi parkiet z paneli z lerła. 
Zaczynam źle widzieć... Nie widzę jak się śmieją, tylko jak wyją godzinami albo jak kładą się na glebę jakby niekupienie bułki pszennej było nieodwołalnym końcem świata. Nie widzę jak się cieszą, za to jak plują mi żarciem w twarz widzę jak sokół wyraźnie. 

sobota, 18 marca 2017

Rett znaczy STRATA

Młoda byłam i waleczna, rett-świat kładł mi się plackiem u stóp to myślałam, że dupo-retta siłą wiary i pozytywnym myśleniem da się prześcignąć. Początkujące rett-matki mi kibicowały, starsze już mniej, a te najbardziej doświadczone nie mówiły nic. Bo już wiedziały. Że odwrotu nie ma i wszystko co przyjdzie będzie synonimem słowa "strata".
Nikt mi nie powie, że jest inaczej. Jednej na dwieście się uda, bo odzyska jakiś tam chwyt, zagada do matki na komunikatorze albo będzie tulić się do misia. Ale pozostałe 199 Rettek i ich rodziny będą sukcesywnie tracić przez tego sukinkota wszystko co tylko stracić można. Od chwytu, przez uśmiech, na prostych plecach i nie powyginanych palcach kończąc. Krok po kroku, bardzo stanowczo i bez odwołania - rett wydrze im wszystko. 

piątek, 10 marca 2017

O maminym wstydzie, publicznym linczu i innych dziwnych odczuciach

"W końcu każda kobieta, gdy staje się matką, wie, że pewnego dnia doczeka się swojej godziny publicznego wstydu! Niegrzeczna odzywka, zasiusiane majtki, napad histerii... " (Michel Bussi, "Mama kłamie", swoją drogą - genialny psychologiczny kryminał). Złota myśl na dzisiaj. Właśnie się doczekałam.

Blanka
B. sama nie podejmuje akcji, że tak powiem; siedzi w wózku, śpiewa coś sobie pod nosem i pachnie. Nie wskoczy kobiecie w autobusie na kolana, nie pocałuje sąsiada; jednym słowem - nie mam powodów by się wstydzić. Owszem, czasem sobie pierdnie siarczyście w miejscu publicznym albo wyje jak wilk do księżyca, ale Jej się takie drobnostki po prostu wybacza. Nawet już ich nie zauważam. I jest to po części kwestia Jej samej (plus całego uroku osobistego, po matce, naturalnie) i mnie (oraz tego jak postrzega mnie świat w roli matki dużego dziecka npspr). Ludzie patrzą inaczej... Czasem z lekkim lekceważeniem, albo z parszywym współczuciem, jednak ogromna większość patrzy na mnie z jakimś takim... podziwem (?). Czuję to, nie mogę zaprzeczyć. Czuję doping, jakieś społeczne wsparcie (przynajmniej od tych ludzi wśród których chcę z B. przebywać). Ogólnie rzecz biorąc, będąc matką B. czuję względną (ale jednak) akceptację społeczną (przynajmniej tego wąskiego grona, które nas i retta otacza na co dzień).
Ale jestem też mamą małej i najsłodszej na świecie zadymiary... I tu już nie jest tak łatwo, bo to inny świat, o wiele bardziej krytyczny, jak się okazuje.

Mniejsza
Według teorii psychologicznych przechodzi teraz trudny okres odpępowiania się ode mnie i testowania jaką moc ma JA. To boli. Ją najbardziej ale mnie też... Zaliczyłyśmy wczoraj akcję (nie pierwszą, nie ostatnią...) pt. atak histerii w miejscu publicznym. Niby nic takiego; ci co to mieli mówią co prawda, że wcale tego ze swoimi dziećmi nie przerabiali i zapowietrzają się z oburzenia a ci co mieć będą twierdzą, że ich to nigdy nie dotknie bo sobie na głowę wleźć gówniarzowi nie dadzą. Więc w takim oto 70-tysięcznym mieście okazuję się nagle być jedyną matką pokonaną przez dwu-i-pół-latkę. Która rzuca się na glebę ku uciesze tłumu i wśród dziesiątek pogardliwych spojrzeń. No co za matka. Nie poradziła sobie, dziecko wlazło jej na łeb. I ja czasem daję się w tę pułapkę złapać... Robi mi się jakoś głupio.
Bo z B. niewiele ode mnie zależy; mogę kochać, pielęgnować, wielbić, a jak mnie kopnie z buta w twarz to cóż, chora dziewczynka - może. A z Mniejszą się tak nie da. Ze zdrowym dzieckiem jak coś nie halo, to spieprzyła mamusia. Bo taty często w tym nie ma, jak ktoś schrzanił to mama, wiadomix. Trzeba się zawstydzić, że legła na glebę, trzeba zalać polik bordowym pąsem, bo biega po placu zabaw i wrzeszczy z radością "dupa, dupa, dupa", trzeba przyjąć na klatę rady pań starszych jak poradzić sobie z rozwydrzonym dzieciem. Trzeba w końcu przyjąć poczucie klęski.
I ja tak z jednej strony się trochę temu poddaję, bo fakt - Mniejsza umie dać do pieca. Ale nigdy nie zapominam, że jestem z innej planety... A tam, taka oznaka rozwoju jak bunt dwu-i-pół latka jest prawdziwym błogosławieństwem. Nawet jak trochę boli ;) 


                                                                                             A.  
Grafika pochodzi ze strony: www.guyanachronicle.com

piątek, 3 marca 2017

Powiem Pani jak ż

Byliśmy niedawno na basenie. B. w swoim nowym haj-faj kostiumie do pływania (bez pieluchy! ale o tym cudzie techniki kiedy indziej). Mniejsza wzięła ojca w obroty a my sobie, jak te babulinki, moczyłyśmy radośnie dupska w dżakuzi. Dosiada się nagle kobietka (taka na oko ode mnie starsza ze 20 lat) i zagaja: "Porażenie?". Uśmiecham się i mówię, że nie, zespół Retta oraz błagam w myślach, żeby dyskusja się na ten temat skończyła, bo my tu z B. incognito, rett został w szatni a my zaliczamy niedzielny relaksik. Ale nie, pani podchwyciła, bo okazało się, że jest z branży, syn z MPD zmarł niedawno. Było mi bardzo przykro to słyszeć, nawet nie umiem sobie wyobrazić co ta kobieta przeżywa ale co więcej mogę? B. też zmierza w stronę tęczy, nie inaczej zresztą niż wszyscy. Chwilę pomilczałyśmy a potem się posypało; kto ją rehabilituje (a to debil, tylko kawę pije), a czemu nie ma gorsetu (a mój syn miał), powinna mieć już dawno peg-a (bo jak poprzednio), do tej kretyńskiej szkoły chodzi??? (a ona zmieniła) itd. W taki sposób zakończyłyśmy nasze moczenie tyłków w dżakuzi, bo ja tak długo nie wytrzymam.