piątek, 30 sierpnia 2019

Pamiętniki z wakacji - mamy kota

Na wstępie - niechże przedstawię jegomościa. Kot na imię ma L. (rodo, nie pozwolił ujawnić danych ;) i jest kotem europejskim (tak się dowiedziałam u weta na moje: rasa - dachowiec). Założenie w mojej pełnej ideałów głowie było takie, że jako moje czwarte i najmłodsze dziecko będzie bawił to niepełnosprawne, mruczał do uszka zamiast mnie przy zasypianiu a ja będę wykrawać  mu za to serduszka z wątróbki codziennie na kolację. Kot zamówiony u dziadków był już dawno, obiecany na urodziny Mniejszej i wyczekiwany z mrowieniem w brzuchu z ekscytacji.

poniedziałek, 29 lipca 2019

Jak w klatce...

Wiele razy mama mi powtarzała "dziecko, Ty jesteś z innego pokolenia"... Do parę dni temu wydawało mi się, że to tylko mamine gadanie, a ja to po prostu ona tylko dwadzieścia kilka lat później. 
Moim jedynym ograniczeniem było do tej pory tylko zmęczenie i ból pleców. Nigdy nie zakładałam, że się nie da bo się dało, mniejszym czy większym nakładem sił, ale zawsze się dało. Żyć jak inni, mimo, że nie jesteśmy jak inni, żyć normalnie, ale w nasz sposób "normalnie". Ale jednak. Aż tu nadszedł taki dzień, który objawił mi coś dla mnie zupełnie nowego - życie z barierami. I to nie takimi w mojej głowie. 

wtorek, 25 czerwca 2019

Pamiętniki z odwyku, czyli żegnaj trucizno

Który to już raz przerabiamy?? Nie mam pojęcia. Ale nie lubię. B. cierpi, bo ma małego albo nawet dużego głoda. Wyboru jednak nie ma, nasza żelazna neuro postawiła nas pod ścianą mówiąc w ekstazie "Ni ma napadów, rzucamy jeden lek!" Także ten. Trzeba było. Ale na początek kilka suchych faktów i uściślenie.
"Nie ma napadów"
Że nie ma napadów (a tfu tfu tfu, na psa urok, na kota urok, tfu!!!) to mocno na wyrost, fakt jednak, że napadów ze śmiercią duszącą za szyję n.i.e...m.a. (ja tego nie napisałam, nie powiedziałam ani nie pomyślałam nawet, niech mnie Matka Boska Elektryczna uchowa ;)

środa, 19 czerwca 2019

Chodź, chodź, na moją stronę

Dawno, dawno temu byłam z malutką B. na oddziale. Na łóżku obok leżała taka już prawie nastoletnia dziewczynka (miała może ze 12 lat, wtedy mi się wydawała prawie dorosłą babą przy tym moim małym, klepiącym reciątku), którą opiekowali się na zmianę rodzice (bo mieli drugie małe dziecko w domu, więc zmieniali się rotacyjnie). A jak się "leży" to jest czas więc trochę ich obserwowałam, trochę rozmawialiśmy a oni szokowali mnie na każdym kroku. To był znak, że jeszcze wtedy siedziałam po jasnej stronie mocy, byłam jednym z normalsów a oni byli rasowymi świrami. Czesali swojej pryszczatej pannie kitki na środku czoła i śmiali się, że wygląda jak Brit a jak pierdnęła to śpiewali razem "Ups I did it again" a ja z zażenowania gryzłam pazury i odliczałam minuty kiedy będę mogła przestać płakać i biec za ordynatorką błagać o choćby okruchy dobrych wiadomości... 

wtorek, 4 czerwca 2019

Samotność

Był sobie taki wierszyk: "Czasem pogadałby człowiek sam ze sobą. Ale gdzie tam! Ja mu pytanie a on mi dwa." (J. Borszewicz, "Mroki, fragm.) I co? Żeby to były tylko dwa...
Jestem z jedynaczej natury samotnikiem, który, mimo tego lubi się czasem z kimś spotkać. Pogadać, złapać dystans, przejrzeć się w czyiś myślach albo usłyszeć własne słowa. Człowieki tak mają - lubią w innych człowiekach przeglądnąć się czasem jak w lustrze.

środa, 15 maja 2019

Mała Rettka - mały problem?

Nieee. Choć trochę tak. I tak i nie. No to przeanalizujmy.
Po pierwsze primo zakładamy, że mała Rettka to taka poniżej 20 kilo albo 5 lat (no generalnie taka, która jeszcze może udawać zdrową i większość da się nabrać), duża natomiast to dziewczę z dwoma kucykami i śliniakiem ale noszące rozmiar XS albo S i sięgające matce do ramienia (taka jak moja B. ale jeszcze nie dorosła, bo o takiej to się jeszcze nie wypowiadam, to przed nami). 
No więc - co jest na plus gdy Rettka jest mała: 
+ rozmiar Rettki, który powoduje, że można Ją podnosić bez wypadania macicy i popuszczania moczu. Naprawdę cudowny stan kiedy mówisz do Niej - heja, mała, lecimy, ahoj przygodo!, bierzesz na ręce, siup do wózka i już Was nie ma. Z dużą się tak nie da i tęskno mi za tym stanem.

piątek, 10 maja 2019

Nie wiesz, nie wiesz, nie rozumiesz nic...

Żeby napisać ten tekst muszę na początku wyjaśnić pewne kwestie. Wielokrotnie pisałam, że każdy nawet najbardziej kulawy kontakt z B. i Jej rettem jest lepszy niż jego brak. Każda próba empatii, każda próba zbliżenia mimo tej cholernej choroby, która ma w tle autentyczną troskę są dla mnie i zawsze będą na tak. Nie jestem świętą krową, której nie można nic powiedzieć i która obraża się bo ma retta. Nie. Nie jestem też przewrażliwiona na jego punkcie, kto mnie zna ten wie, że moim ulubionym typem humoru jest czarny z rettem w tle, doskonale mi wychodzi nabijanie się z siebie i całej tej naszej sytuacji. Są jednak słowa, które bolą bardzo; rzeczy, których nie mówimy rodzicom zdrowych dzieci a które zaskakująco łatwo przychodzą nam ze śliną na język w odniesieniu do dzieci chorych. I te słowa, w połączeniu z brakiem empatii (który, jak Bóg mi świadkiem, wyczuwa się w ułamku sekund) powoduje, że  obrywamy czyjąś głupotą jak z piąchy w pysk.