Wszystko okazuje się o kant dupy w momencie, gdy maminy kościotrup mówi "dość". Mój właśnie powiedział i zawalił się nagle cały nasz świat, bo padła całkiem realna groza pt. "matka nie może dźwigać, co to będzie, co to będzie"...
Zauważyłam, że całe zadanie ciągnięcia przez życie mojej B. sprowadza się do dźwigania a to z kolei do moich gnatów. Się nosi, targa, podnosi, podrzuca, ciągnie i wlecze.
Dziś nie jest dzień, żeby się czymkolwiek zasłaniać. Ani rettem, ani innymi jednostkami chorobowymi, nienawiścią do malin, po prostu niczym. Matka jest wściekła i dobrnęła do progu tolerancji na wszelkie jazdy i humory panienki. Ależ mi dzisiaj daje popalić.
Wstała z napadem, więc zaczęłyśmy trzęsieniem ziemi, po którym było oczywiście już tyko gorzej. Chciała spać, a trzeba było wychodzić do poprawczaka więc wrzask. Strzeliłam sobie w kolano i zostawiłam Ją w domu.
O niczym odkrywczym nie będzie. Byliśmy jakiś czas temu w miejscu publicznym z dziećmi, nie pamiętam gdzie to było, chyba kolejka do kasy na basen czy coś. B. w pewnym momencie wyrzuciła z siebie paszczą taką ilość gazów z brzucha, że mało nas nie zmiotło z powierzchni ziemi. Uprzejmie całą gawiedź w Jej imieniu przerosiłam i byłam pewna, że A. pomyślał dokładnie to samo (co później mi oczywiście potwierdził) czyli "dobrze, że to wylazło akurat tą stroną".
Właśnie minęły cztery tygodnie od naszej wizyty u dr gastro-enterologa. Mój optymizm ("Blana, za miesiąc będziesz ważyć znów 20 kg") okazał się być mocno przesadzony ale ja tak mam, że jak nóż na gardle to dostaję surrealistycznej motywacji do walki i wiary w mega sukces. Fakty jednak na szczęście są takie, że po kilku miesiącach udało nam się zatrzymać spadek masy ciała B. a to już coś, przynajmniej na początek. Poniżej o tym co się u nas sprawdziło a co nie.
Mama ciągle tłucze mi do bani, żebym nie gdybała, nie rozkładała wszystkiego na części pierwsze, nie rozgrzebywała w sobie pewnych kwestii tylko dała im spokojnie umrzeć i wyschnąć razem ze łzami na wiór. Z tymże ja tak nie potrafię... Moja psychika może funkcjonować tylko gdy na bieżąco pewne sprawy mieli. Rozwala i składa. Jakbym udawała, że ich nie ma to turnus w szpitalu bez klamek murowany. Czasem coś się rozsypie przez jakiś drobny szczegół, kiedy indziej bez wyraźnej przyczyny, albo tak jak dzisiaj - z przyczyn obiektywnych. Wszystko w mojej głowie i sercu wrzeszczy - Blanka miała dziś zaczynać drugą klasę.
Wydawało mi się, że łysy tylko subtelnie może wpłynąć na rzeczywistość przy czym ostatnie 4 dni dały twardy dowód, że może zrobić ze spokojnego rett-życia miazgę. Była jakaś super-pełnia i było równie super-przeje... przemiło. Czas kompletnie wycięty z życiorysu. Jak jest jazda to się nie je, nie pije, włącza tryb awaryjny, wisi nad B. i czeka na kolejny kop od retta. Niektóre rett-mamy określają ten stan całkiem trafnie maratonem.
Życie nie je bajka... Na fotach na fejsiku wszystko ładnie się prezentuje, przy odrobinie fotoszopa nawet rett może jakoś wyglądać. Ale prawda jest taka, że w realu (w tesko czasem też) bywa mało śmiesznie.
Jako, że łysy z nocy na noc coraz okrąglejszy, B. ma padaczkową jazdę. Od wczoraj wali napadami z fajerwerkami, sinymi ustami, bezdechami i wzrokiem "po tamtej stronie". Kolejny maraton. Pozwoliłam sobie strzelić Blankowego nutridrinka bo czuję się jak swoje własne zwłoki i tak sobie siedzę. I płaczę. Matka słaba jest. Matka ryczy...