Ani nie stąd, że wciąż niepełnosprawna na full, zrobi się wszystko za nią. Nie ma co się stroszyć.
Też nie stąd, że życie bezczelnie płynie mimo tej cholernej choroby i 99,99% świata ma ją totalnie w nosie.
No więc skąd???
Dobrze jest jak jest dobrze. Świat jawi się w pastelowych barwach, a na oczach różowe okulary. Wszystko się układa, uśmiech nie schodzi z ust i jest się najlepszą wersją siebie, która od samego ranka mówi: "Świecie, przybywam! Co dziś dla mnie przygotowałeś???" Są takie dni, też takie miewam i bardzo je lubię, bo można podładować nadwątlone siły. Jednak zdecydowaną większość stanowi dzień powszedni, taki zwykły chleb pszenno-żytni, w porównaniu do tamtych odświętnych kajzerek z sezamem, mniam. Najgorzej jednak jest wtedy, gdy wstajemy i mamy poczucie, że nasze życie to jedna wielka porażka a na śniadanie dwudniowa bułka z biedronki, po zjedzeniu której od razu szuka się protetyka. Na którego nie ma się kasy przecież! Bo w taki dzień nie widzi się plusów dodatnich tylko te ujemne, twarda bułka spada z talerza masłem (bądź margaryną, jakie czasy takie rarytasy) do dołu i szklanka jest w ćwierci pusta (ani o pełności ani nawet o połowach nie może być mowy). I co wtedy?? A to zależy...
Najmocniejszym akcentem naszego retta od prawie samego początku była padaczka i w gruncie rzeczy właśnie ona, a nie rett sam w sobie, nie daje nam spokojnie pożyć. Wiele przeszliśmy w związku z nią, wiele jeszcze przed nami, bo wciąż nie mogę powiedzieć, że epi B. jest opanowana. Ona jest opanoWYwana od czasu do czasu i owszem - okresy z względnym spokojem padaczkowym nam się zdarzają jednak zawsze przeplatane są okresami pogorszenia a w powietrzu unosi się zapach lęku, że może znowu epi-piekło tak gorliwie nas do siebie zaprasza.![]() |
| Za mocne? :D |